Santo Domingo – wycieczka do najstarszego, "europejskiego" miasta w Nowym Świecie

02.11.2011 CZĘŚĆ VI

{01.11.2011 czyli wtorek – część V pojawi się wkrótce 🙂 }

Na wycieczkę do Santo Domingo wybieraliśmy się w piątek. Jednak kiedy dowiedzieliśmy się, że środa, zgodnie z prognozami, miała być deszczowa, a niebo zasnute chmurami postanowiliśmy przyśpieszyć naszą wycieczkę. Dlatego też w środę około 9:30 czasu dominikańskiego (czytaj 20 minutowe spóźnienia są w jak najlepszym porządku ) w szóstkę zameldowaliśmy się w recepcji i zaczęliśmy negocjacje z taksiarzem.

Mimo usilnych prób i starań udało nam się jedynie wynegocjować, że w cenie 150 dolarów zabierze nie 5 a 6 osób. Z bólem serca po szybkim przeliczeniu ile nas ta usługa będzie kosztować załadowaliśmy się do taksówki (Toyota van). Dla przyszłych pokoleń….nie wiem czy nie warto by było wyjść poza hotel. Nawet w kraju jeżeli recepcjonista zamawia taxi to zawsze to będzie najdroższa taksówka w miesicie. Z drugiej strony ten, który z nami jechał nie robił tego po raz pierwszy, więc wiedział czego od niego się oczekuje, wiedział gdzie stanąć i zaparkować (co jak się później okaże nie jest to prostą sprawą w Santo Domingo)

Uliczka (foto by Marry&Borsuk)

Z początku droga była prosta i żałowaliśmy, że nie wynajęliśmy samochodu w cenie za około 55 dolarów za dzień. Jednak zaraz po wjechaniu do La Romana, wszyscy szybko zmieniliśmy zdanie. Z dziesięć razy byśmy się władowali w coś – samochód, skuter, motocykl, ludzie stojący na środku drogi. Generalnie nie ma dla nich znaczenia ile jezdnia ma pasów, jest tyle ile samochodów, motocykli i co tam jeszcze wlezie, się w danej chwili na owej jezdni zmieści. Skręcanie z lewego pasa w prawo to norma. Jazda na długich i awaryjnych też. Ludzie sunący w poprzek jezdni, ludzie na wózkach inwalidzkich jadący pod prąd. Dzieciaki myjące szyby w ekspresowym tempie. Luzik. Lekko bladzi wyjechaliśmy przejechaliśmy La Romane. Nawet nasz kierowca wyzywał kogoś, kto mu zajechał drogę. Nie jest niczym nadzwyczajnym spotkanie jadącego pojazdu z potrzaskaną (nie piszę o pękniętej!) przednią szybą. Myślę, że za niektóre pojazdy nie zabrałby się żaden polski, słynący przecież z różnych dziwnych składanek, mechanik i lakiernik.

Dalsza droga aż do Santo Domingo wiła się spokojnie. Jechaliśmy czymś na kształt autostrady, której to jedna nitka się po kilku kilometrach się skończyła i zrobiła się autostrada z jednym pasem. Na “autostradzie” co chwile mijaliśmy się z różnymi formami załadunku. Kilka osób na pace ciężarówki, cztery osoby na motorze, jakaś rodzina na przyczepce, takiej od wożenia świnek albo krówek.

Przegląd popularnych środków transportu (foto by Marry&Borsuk)

Przegląd popularnych środków transportu (foto by Marry&Borsuk)

Co trzeba przyznać, jeżdżą niebezpiecznie ale znacznie wolniej. Kierowca jechał w okolicach 80 km/h.
Wjazd do Santo to jeszcze większa magia. Żadnych oznaczeń, pogmatwane drogi, ruch jak kto chce. Szczęki nam opadły gdy jadąc po moście zwodzonym (pod spodem płynęła jakaś gęsta, zielona ciecz opisana jako rzeka) a po środku, pod prąd sunął człowiek na wózku inwalidzkim i żebrał…
Światła paliły się na raz i czerwone i zielone – do wyboru do koloru 😀 Do odważnych świat należy nie ma co!.

 

Gdzieś w Zona Colonial- potrzaskana przednia szyba w samochodzie - norma (foto by Marry&Borsuk)

Kierowca wysadził nas na placu Kolumba. Umówiliśmy się na 4h czekania na nas. Tuz po wyjściu z taksówki doskoczył do nas miejski przewodnik, który zaczął się chwalić, że pracuje na zlecenie rządu i nie pobiera opłat. Dał nam jakąś mapę, zaprowadził do bezpłatnych (!!!) toalet wstrzymując przy tym ruch abyśmy mogli przejść przez ulicę.

Po prawej typowy kosz uliczny

Po prawej typowy kosz uliczny (foto by Marry&Borsuk)

Co nas uderzyło to wszechobecny brud, nie znaleźliśmy żadnego zwykłego miejskiego kosza. Rynsztoki głębokie do kolan, ciekawe rzeczy muszą się tam dziać jak pada. Dziury w drzwiach pozwalające zajrzeć do czyjegoś domu równie brudnego, co ulica. Atmosfera nicnierobienia, grania w karty, obserwowania wszystkiego, co wokoło. Wydawać by się mogło sielanka, gdyby nie fakt ich potwornych zaniedbań wynikających poniekąd z owej sielany.

Santo Domingo

Taksówka, w głębi rynsztok do łamania nóg. (foto by Marry&Borsuk)

Zabytki – fakt są. Owszem kilka ich mają, co z tego, że kilka lat wszystko się tam rozsypie I w zasadzie tyle o nich. Zniszczone, zaniedbane, pozamykane.
Co ciekawe prawie na każdej uliczce można znaleźć drukarnię, taką prawdziwą!


Kilka słów o naszym zwiedzaniu. Wystartowaliśmy z placu Kolumba, od którego tutaj wszystkie wycieczki się zaczynają i na którym wszystko kończy. Oczywiście dla turystów. Połaziliśmy po Zona Colonial – dzielnicy kolonialnej wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Widzieliśmy Alcazar de Colon, dom Diego Kolumba, syna odkrywcy. Gdzieś, przez moment podreptaliśmy najstarszą ulicą miasta, Calle de las Damas. Do tego przystanęliśmy pod, bo do środka nie wchodziliśmy, bo dziewczyny były zbyt, „rozwiąźle” ubrane, Panteonem Narodowym. Taki tutejszy Wawel – mają tam pochowanych bohaterów narodowych. Również byliśmy pod Catedral Primada, najstarszą katedrę Nowego Świata, w której podobno znaleziono prochy Krzysztofa Kolumba. Podobno bo kilka państw oraz kilkanaście miast również do tego się przyznaje. Poznaliśmy również te bardziej mroczne zakamarki Santo Domingo.

Chyba najdroższy w tej części świata deptak - Calle El Conde, chociaż czysty i zadbany (foto by Marry&Borsuk)

Oczywiście jest również specjalny deptak dla turystów. (Calle El Conde) A jakże, są piękne knajpki, sporo sklepów , tylko co z tego kiedy wszystkie ceny podane w dolarach, i to jakich dolarach – masakra.
Zmęczeni szlajaniem się w upale znaleźliśmy knajpkę, w której nie było turystów. (Pisałem powyżej że środa miała być deszczowa? Spokojnie jeszcze będzie, na razie mamy około 30 stopni w mieście 🙂 )
Już samo złożenie zamówienia było parodią. Posuwistym krokiem zbliżyła się do nas dziewoja obszerna, z bluzką podkreślającą obszerność. Od niechcenia wyjęła maluteńki w jej dłoniach notesik i westchnęła.
Poczuliśmy presję.
Menu po hiszpańsku, pani ni w ząb w jakimkolwiek innym języku. Po 10 min połowa nas zamówiła – ta która siedziała bliżej znudzonej kelnerki. gdy już zabazgrała co usłyszała spojrzała na nas wgniatając nas w krzesła. Starając się nie tracić zimnej krwi i ruchem dłoni poleciłem jej zbliżyć się do drugiej część stolika i towarzystwa. Zapadła cisza, którą przerwało kolejne westchnięcie i dźwięk odrywanej stopy od podłogi. Pani zaczęła iść w naszym kierunku. 2 minuty później pokonała dystans 2 m i zaczęła notować.

To również Santo Domingo (foto by Marry&Borsuk)

Zniknęła nam z pola widzenia.

Minęło 15 min. Nic.
25 pusto na stole.

30 wychodzimy?

45 o tak!!! z kuchni wyłoniła się kelnerka z jedzeniem.
Szybki przegląd zamówienia.

Betty zamówiła zupę, którą jej podano w misce wielkości miednicy z toną mięsa w środku, w smaku ponoć jak pomidorówka.
Przemo dostał makaron – ledwo wciągnął.

Bartek zamówił zupę – dostał kurczaka w sosie z frytkami. Merry zamówiła krewetki (bagatela 50 zł na nasze) i dostała w tej cenie 5 sztuk małych krewetek, oblanych sosem z frytkami . My zamówiliśmy tortille, która okazała się omletem, też z frytkami. Pojedzeni i pełni nowych wrażeń rozdzieliliśmy się w celu zrobienia zakupów.

Tani hipermarkiet na kółkach (foto by Marry&Borsuk)

Dopadliśmy do jakiegoś marketu. Kupiliśmy rum, prawdziwy cynamon, wanilię, doładowaliśmy kartę do Claro.
Przed wyjazdem Nika wspominała, że chciała sobie kupić coś z larimaru. Nic z tego. Ceny jakie zaczęli nam podawać za niewielkie okazy ścięły nas z nóg. oczywiście cwaniactwo pierwsza klasa. Na widok Twojego zainteresowania sprzedawca wyciąga maciupeńką wagę, mierzy, potem to pięć razy przelicza, chrząka coś pod nosem i wydaje werdykt – za pierścionek z larimarem wielkości pchły – 2000 pesos (lub jeszcze szybciej wyliczane – 52 dolary, lub trochę wolniej liczone przez nas 175 PLN) i of course „ his is special price for sou my friends! polish people is good people” yhy… Co gorsza, w ogóle nie chcieli się targować! Ani o dolca nie zeszli z ceny!

A to supermarkiet na kółkach (foto by Marry&Borsuk)

Nikuś nie ma zatem pamiątki, na która tak się nastawiała.
Chciała kupić cokolwiek innego, co by mogło nazywać się pamiątką a nie tylko pierdółką – zachcianką. Nic nie kupiła. Raz, ze pierdółkownia niesamowita, a dwa ceny z kosmosu.

Szybko pojawiła się 16:00 i trzeba było się zbierać do hotelu. Czekało nas 220 km dziwnych dróg i jakieś 2,5 godziny jazdy. W drodze powrotnej oprócz “normalnych” widoków jakimi stały się liczne, ciężko uzbrojone patrole i kontrole wojska i policji pojawiły się również również piaskowe dziury na autostradzie. Polegało to na tym że w pewnym momencie nasz kierowca nagle zjeżdżał na prawy pas. Generalnie mimo, że na Dominikanie obowiązuje ruch prawostronny on jechał całe 220 km lewą stroną. Zjeżdżał tylko dlatego ponieważ na lewym pasie ktoś zabrał jakieś 300 metrów asfaltu. Został jedynie podkład z piasku. Oczywiście nasi rodzimy drogowcy byliby zachwyceni, ani jednego znaku o dziurze, o zwężeniu, żadnego pachołka – NIC. Piaskowe dziury pojawiły się jeszcze kilka razy. Gdybym jechał własnym bądź pożyczonym samochodem, mimo ,że bardzo starałem się je wypatrzeć, na bank kilka razy bym w ten piach wjechał. Nie byłoby prosto wyciągnąć auto z czegoś takiego.

Potem nasz kierowca zafundował nam jeszcze jedną atrakcję. Tankowanie. Niby nic takiego, ale wyobraźcie sobie sytuację. Przy jednym dystrybutorze my – tankujący gaz LPG, silnik włączony. Przy drugim dziecko na motorze .Dziesięciolatek na kolanach trzyma butle gazową, do której tatuś podłącza wąż i spokojnie zaczyna tankować. Gdyby jeszcze któryś z pracowników tej stacji trzymał w gębie cygaro – obraz byłby kompletny. (z ciekawości : cena benzyny to 210 peso za galon czyli 18,2 zł za 4,5461 litra czyli około 4 zł za litr….)

Na placu Kolumba (foto Marry&Borsuk)

Kolejne minuty to ….ulewa, taka konkretna ulewa po której La Romana zamieniała się w jezioro z wewnętrznymi rzekami. Znowu cieszyliśmy się, że mimo wysokich kosztów taksówki żadne z nas nie musiało samodzielnie przez to się przedzierać. Rzeki na ulicach, mimo to ludziska jakby przyzwyczajeni. Kawełek tektury nad głowę, jakaś reklamówka, żadnego ukrywania się przed wodą, po prostu – idziemy czy jedziemy dalej. Szczególnie ciekawie wygladali ludzie na skuterach lub ci zapakowani na paki ciężarowych aut. Tak naprawdę nie potrafię sobie przypomnieć czy ktoś z nich posiadał parasol….
Około 19:00 dojechaliśmy do naszego hotelu Catalonia Gran Dominicus. Została do zjedzenia kolacja, tym razem wszyscy wybrali się do Rodeo House na super steki.Na prawdę warto. Potem zajęcia w podgrupach, na koniec teatr i ……..spać……

Artur Olędzki

PS. Dzięki Marry i Bartkowi za udostępnienie zdjęć – nasz aparat do tej pory odchorowuje tamtejszą wilgoć 🙂


 



040711 v2 Image Banner 750 x 100

Ten artykuł znaleziono w wyszukiwarce Google m.in. poprzez poniższe frazy kluczowe::

  • Dominikana
You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. You can skip to the end and leave a response. Pinging is currently not allowed.
Skomentuj

Prosze zalogowac sie wtedy bedziesz mogl skomentowac ten post.