Autor Archiwum

Jak się przywitać?

Jak poprawnie się przywitać?

(uzupełnione 24.02.2013)

Coraz częściej pojawiające się zapytania w wyszukiwarce google skłoniły mnie do zajęcia się tematem dotyczącym witania, czyli kto pierwszy się kłania (wita), kto pierwszy i jak podaje rękę i czy w ogóle podaje. Wydawałoby się, że tematu w ogóle nie powinno być, jednak mnie też zdarza się, że podając komuś rękę czuję jakbym dosłownie złapał za „śniętą rybę” brr.
Taka prosta rzecz jakim jest przywitanie się nie każdemu się udaje. Często przechodząc obok kogoś, na moje powitanie, ów jegomość coś burknie pod nosem lub udaje, że mnie nie widzi. Jego sprawa, coś takiego dowodzi tylko braku kultury. Mówienie „dzień dobry” nic nas nie kosztuje, nie dawkujmy go zatem jakby jego limit miał się nazajutrz wyczerpać.Zawsze lepiej jest, kilka razy powiedzieć „dzień dobry” za dużo niż raz za mało.

more…

Ten artykuł znaleziono w wyszukiwarce Google m.in. poprzez poniższe frazy kluczowe::

  • jak się witać
  • jak sie przywitać
  • jak przywitać się z dziewczyną
  • savoir vivre przywitanie
  • savoir vivre powitanie
  • zasady savoir vivre przywitanie
  • jak witać się z koleżanką
  • jak sie witac z kolezanką
  • jak witać się z kobietą
  • jak się przywitać z dziewczyną
Wystawa, której nie widać.
niewidzialna.pl

niewidzialna.pl

Niektórzy się przebierają za Batmana, za króliczka z Playboya, inni lubią Spidermana. Są faceci, którzy uwielbiają damskie ciuszki. Natomiast ja miałem okazję sprawdzić na własnej skórze jak może czuć się osoba niewidząca. W warszawie w Galerii Handlowej w Millennium Plaza, znajduje się specyficzna wystawa. Nazywa się niewidzialna. Wystawa, której nie widać, za to, którą można wymacać i poczuć lub usłyszeć. Przewodnikiem po tej wystawie jest osoba niewidoma.

Niewidzialna -wystawa

Niewidzialna -wystawa

Jest część, którą można zobaczyć i ta druga znacznie ciekawsza, którą trzeba dotknąć. Cześć pierwsza to kilka informacji na temat alfabetu Braille’a, ale też, w jaki sposób osoba niewidoma nalewa wrzątek do szklanki nie sprawdzając palcem czy już jest pełna. Dowiesz się również,  w jaki sposób nie pomylić kolorów skarpetek .

Druga część jest zdecydowanie ciekawsza. Najpierw zdziwienie. Kazali oddać okulary. Konsternacja – przecież ja bez okularów się nigdzie nie ruszam. Za chwilę – acha przecież tam ma być ciemno i okulary nie będą potrzebne, a może się okazać, że wręcz mogłyby przeszkadzać.

Drzwi, kotara i ….”widzę ciemność” – totalną ciemność. Podobną ciemność widziałem ostatnio na Mazurach, tam jednak jak człowiek podniósł głowę do góry to widział gwiazdy. W tym pomieszczeniu nic, absolutnie nic.

Najpierw dzwonek do drzwi. Wymacany – udało się znaleźć. Wchodzimy do mieszkania. Mieszkanie proste, łazienka kuchnia duży pokój. Jakieś krzesła, stół, nic nadzwyczajnego. Jednak jak się dosłownie lezie, macają każdą ścianę, wkładając ręce do umywalek i innych miejsc, wtedy wszystko to nabiera całkowicie innego wymiaru. Oczywiście może się zdarzyć, że ręce znajdą jakieś inne ciało, fajnie jak to jest koleżanka, gorzej jak plecy jakiegoś osobnika płci męskiej.  Kiedy przewodnik zapytał ile było okien w pomieszczeniu – nikt nie potrafił poprawnie odpowiedzieć?

Następnie miejska dżungla. Wlazłem na malucha (coś, co kiedyś było uważane za samochód), potknąłem się o jakiś rower. Włożyłem rękę w dziwne miękkie jabłka. Wymacałem dziesiątki innych rzeczy, w tym osób razem ze mną zwiedzających. Kolejne pomieszczenia, chatka myśliwska – do wymacania siekiera, grabie itp. Obiecaliśmy przewodnikowi, że nie będziemy za dużo opowiadać innym więc i tak za dużo napisałem.

Jednak muszę opisać jeden eksponat w niewidzialnym muzeum, bo takie też tam się znajduje. Jest tam kilka rzeźb. Odgadłem jak się nazywa pierwsza, druga i z całym zapałem przystąpiłem do macania trzeciej.

Głowa, ramiona, tułów, nagie pośladki, hmm nagle czuje, że dotykam….ok wystarczy:)

Człowiek za pomocą wzroku odbiera około 80% informacji ze świata, jeżeli chcesz wiedzieć, co się dzieje, kiedy masz do dyspozycji tylko dotyk, słuch i węch musisz przyjść na tą wystawę. Gwarantowana cała gama emocji. Z początku strach, naprawdę nic nie widać, następnie ciekawość, zdziwienie, na samym końcu ulga. Kiedy wreszcie pojawi się światło.

Ta ulga jednak daje wiele do myślenia. Dla nas osób widzących to jakaś forma eksperymentu, przygody. Jednak człowiek zdaje sobie sprawę, że są ludzie, którzy żyją w tym stanie od zawsze nie tylko przez godzinę i dają sobie fantastycznie radę. Przewodnik opowiadał klika przygód i sposobów na jazdę autobusem, pociągiem itd. Wiele rzeczy może pójść nie tak, jednak osoby niewidzące dają sobie z tym radę.

Kolejna ‘wystawa’, którą widziałem (pierwsza to wystawa Body Worlds), którą powinny odwiedzać podstawówki i gimnazja – obowiązkowo! Polecam.

Artur (Gapiart) Olędzki


Ten artykuł znaleziono w wyszukiwarce Google m.in. poprzez poniższe frazy kluczowe::

  • niewidzialna wystawa opinie
  • wystawa niewidzialna opinie
  • niewidzialna wystawa warszawa opinie
Kategoria: Łyczek Kultury  Skomentuj
Saona – gorące plaże, biały piasek- raj na Ziemi

31.10.2011 CZĘŚĆ IV

Godzina 9:20 zbiórka na pomoście (miało być o 9:00 ale na Dominikanie czas trochę inaczej jest liczony 🙂 ) Szybki transfer motorówką na katamaran i w drogę. SAONA czeka. Podróż katamaranem trwała blisko 2 godziny z przystankiem w ‚natural pool’. Jednak nie była to zwykła podróż, ledwo ruszyliśmy i zaczęła się impreza. Sexy Dominikanka podawała obowiązkową witaminę „R”, a przystojny Dominikańczyk uzupełniał to colą. Lokalna muzyka w rytmach marenge, bachata grała na full, tańce, lekcja ruszania tyłeczkiem. Opalanko pełna parą. Biba na maxa. Półtoralitrowych butelek rumu zeszło chyba z osiem na trzydzieści osób. Oj nie żałują oni tutaj tej witaminy.

Po godzinie płynięcia i bujania się w rytmach marenge  zatrzymaliśmy się na wspomnianym wcześniej ‚natural pool’.  Nie uwierzycie, ale ‚happy hour – every hour’ przeniosło się do wody! Dla zwiększenia bajeru ‚nagle’ pojawiły się dwie rozgwiazdy, z którymi wszyscy się fotografowali, a że i krajobrazy boskie to nawet Tofik wyszedłby na macho. W między czasie kapitan skoczył na brzeg i  przytargał kilka kokosów. Nie ma to jak prywata w pracy, zresztą obserwując animatorów to oni ciągle są w pracy, a praca dla nich to ciągła zabawa. Nikt ich nie zmusza a oni bawią się w najlepsze. I ciągle im się chce, mimo, że niektórzy ewidentnie przeforsowali z witaminą”‚R”:)  Wracając do tematu.  Po imprezie w morzu dopłynęliśmy do wyspy Saona. Pierwsze wrażenie – faktycznie raj: biały puszysty piasek, lazurowa woda, cudne powykręcane muszle, gdzieniegdzie resztki rafy na plaży. CUDO. Zanim coś przekąsiliśmy rozejrzeliśmy się dookoła. Mimo cudów opisanych powyżej można podpatrzeć również  normalne życie, które starannie ukryte prze turystami nie jest już tak kolorowe. Brud, bieda, przestarzałe sprzęty, rozpadające się domy i czarnoskórzy robotnicy od „czarnej roboty” starający się być niewidoczni. Sprawiający wrażenie zażenowanych, że nie wyglądają jak z folderu turystycznego.

Skubnęliśmy trochę owoców, wlaliśmy w siebie hektolitry napojów. Jak tylko nasza wycieczka pojawiła się na plaży, obskoczyli nas sprzedawcy kokosów, łańcuszków, masażystki, które niemalże siłą masowały swoje ofiary za bagatela 40 dolców. Przez pierwszą godzinę pobytu na wyspie cały czas ktoś nas nagabywał, a to na masaż, a to na łańcuszek, bransoletkę czy zaplecenie warkoczyków. Warkoczyki chciałam zafundować Nice, ale nienegocjowalne 2 dolary za sztukę skutecznie nas zniechęcało.




Czas na wyspie wlókł  się powoli i ospale, krajobrazy sprawiały wrażenie czegoś nierealistycznego. Takie coś do tej pory istniało jedynie na zdjęciach drogich biur podróży. W dodatku świeciło piękne słońce. Zrobiliśmy sobie długi spacer, kąpiąc  się co chwilę w morzu. Zrobiliśmy sobie wiele cudownych fotek. Właśnie takich jak poniżej, na widok których szlag może niektórych trafić 🙂

Z Saony wracaliśmy już nie katamaranem, a dwiema motorówkami, wyglądały na szybkie i mocne, każde po dwa silniki. Za chwilę przekonaliśmy się, że faktycznie są szybkie, kiedy okazało się się, że łodzie będą się ścigać, a kapitan dodał gazu niektórzy zrobili się bladzi. Tym samy powrót skrócił się do 30 minut.

Po powrocie, wszyscy się ogarnęliśmy, szybki prysznic i już w basenie zaczęliśmy się zastanawiać i snuć plany na wieczór. Oczywiście nie obyło się bez towarzystwa mojito! Popływaliśmy w basenie, byliśmy na lekcji salsy, a około 19:00 spotkaliśmy się w Mexican Restaurante. Znowu się objedliśmy. Tego wieczora poznaliśmy animatorkę z Francji – Charlottę. Dziewczyna wcześniej pracowała w Grecji, jednak na sześć miesięcy została „‚zesłana” na Dominikanę, co za pech :P.

Obserwowaliśmy ludzi z obsługi, animatorów. Niesamowite jest to, że nikt tutaj nigdzie się nie śpieszy.  Każdy jest uśmiechnięty,  dla innych po prostu miły. Nieustanne coś sobie podśpiewują  (rewelacyjna dziewczyna od naleśników), tańczą bujają biodrami, a tylko niejako przy okazji pracują.  Animatorzy są tutaj od rana do nocy, a mimo to posiadają pokłady niespotykanej energii. Ciągle zachęcają do zabawy, tańczenia, jak nie ma chętnych do tańca to oni tańczą i tak tyle, że ze sobą.

Zrobiła się 22:00, spędzona na tańcu i piciu, planowaliśmy imprezę do rana, jednak  wszystkie wcześniej robione plany nie wypaliły.  Każdy po prostu padł. Znowu nici z teatru.  Po prostu budzimy się i zasypiamy w rytmach tutejszej muzyki.

Artur Olędzki


 


750x100travelaff222 Image Banner 750 x 100

Dominikana – dzień pierwszy czyli słodki grzech nicnierobienia i obżarstwa

Kolejna część relacji z wycieczki na Dominikanę, którą wykupiliśmy na GroupOn’ie tym razem jest również filmik i kilka zdjęć:)

30.10.2011 CZĘŚĆ III

Po trzynastogodzinnym locie, po tych wszystkich wrażeniach budziłem się rano, około 9 rano z potwornym bólem głowy. Z przebłysków świadomości przypomniało mi się, że śniadanie jest podawane od 7:00 do 10:00. Jednak zanim zeszliśmy szukać czegoś do jedzenia wyszedłem na balkon. Nawet nie będę próbował tego opisywać.  Zdjęcia poniżej niech to zrobią za mnie.

Pierwszy, poranny widok kawałka Dominikany z naszego balkonu:

na lewo TEATR

widok z balkonu - środek lekko na lewo

Środek

na prawo - BAR!!!!

Parę godzin później stwierdziliśmy, że tutaj nie ma sensu się spieszyć na żadne śniadanie. W hotelu Catalonia Gran Dominicus jedzenie jest zawsze i na okrągło. Pizza, placki na tysiąc sposobów – cały czas można kłapać dziobem. Samego śniadania też za bardzo nie będę opisywał. Posłużę się filmem z You Tuba. Polecam obejrzenie filmiku w całości. Chociaż ma około 8 minut nie będzie to stracony czas dla Ciebie.  Same śniadania są pokazane od 5 minuty:)

Robi wrażenie 🙂

O 10:30 nasza polska grupa spotkała się ‚na odprawie’ w teatrze. Jakaś Włoszka opowiedziała gdzie i co możemy zjeść, (to akurat już zdążyliśmy namierzyć) co zobaczyć, gdzie leżeć, co nam się należy itd.  Czyli, że w zasadzie mamy wszystko za darmo. Postraszyła, że trzeba być punktualnym przy wyprowadzce, tak jakby ktoś w ogóle  już o tym myślał. Na szczęście mówiła w miarę sensownym angielskim, trochę się obawiałem tego, że jak wycieczkę organizuje włoskie ALBA TOUR to będzie jedynie po włosku.

Następnie show dał nijaki Richard. Przedstawił się jako Richard Gear (potem stwierdził, że jest Billem Clintonem i szuka asystentki…). Gadał i gadał, w końcu namówił nas na wycieczkę na wyspę Saona. Nasi rodzimi marketingowcy i handlowcy powinni się zapisać do niego na korepetycje. Jeszcze w kraju, przed wyjazdem mieliśmy mocne postanowienie na kupienie tej samej wycieczki od kogoś na plaży około 20 dolarów taniej. Jednak skusiliśmy się zakupić u samego Richarda Gear pewnie dlatego, że tak naprawdę większość polskiej ekipy ją kupiła, to zawsze lepiej być w jakimś znanym sobie towarzystwie.

Dominikana - hotel Catalonia Gran Dominicus -restauracja

Wszędzie dookoła czai się...jedzenie, maaaasa jedzenia

Po obiedzie polecieliśmy do ‚open office’ pana Geara, które znajdowało się na plaży przy barze i konkretnie wstawionemu zapłaciliśmy 140 dolarów.  Jak nam wyjaśnił jest w trakcie zażywania witaminy „R”, która jest bardzo znana i lubiana na Dominikanie. Myślę że konwencjonalna medycyna powinna się tą witaminą szerzej zainteresować. Przynajmniej my bardzo szybko daliśmy się namówić na jej zażywanie. Po niej świat staje się jeszcze bardziej kolorowy, do tego bardzo przyśpiesza opalanie. Widać to po tubylcach :). Prawdopodobnie ma jeszcze inne nieznane, ale bardzo lecznicze właściwości. Pod czystą postacią nie jest za smaczna. Witaminę „R” najlepiej wymieszać z miętą, odrobiną lodu, sokiem limonkowym. Podawać w długiej szklance ze słomką.  Mowa oczywiście o ‚mojto’ z rumem. Witamina „R” czyli tutejszy rum lany jest do szklanek w nieprzyzwoitych ilościach. Wszystkie proporcje jakie znamy z przepisów na drinki są poodwracane.  Tam gdzie u nas jest jako składnik woda to tutaj  jej miejsce zajmuje rum.


Dzień upłynął na integracji z innymi parami. Czyli Marry + Borsuk vel Bartek oraz Betty + Przemo. Spróbowaliśmy każdego drinka z karty. Uczyliśmy się nurkować w basenie.  Sprawdziliśmy najwygodniejsze pozycje na leżakach oraz na hamakach opalając się. Obeszliśmy wszystkie sklepy i butiki na terenie hotelu Catalonia Gran Dominicus, gdzie walutą rozliczeniową jest dolar amerykański. Nawet zdobyliśmy się na odwagę i poszliśmy do sklepu znajdującego się po drugiej stronie ulicy, na przeciwko hotelu. Okazuje się, że przejście na drugą stronę dominikańskiej drogi to już wyższa szkoła jazdy. Na szczęście do hotelu wrócili wszyscy w całości.

Trochę potańczyliśmy, popływaliśmy. Generalnie dzień upłyną pod znakiem nieprzyzwoitego obżarstwa oraz picia. Z ambitnych planów na wieczór zostały wspomnienia po tym jak cała szóstka około 22:00 po cichutku zmyła się do swoich pokoi. Chociaż tak naprawdę to Bety i Przemo nawet tam nie dotarli, padli na plaży i obudzili się tam o piątej nad ranem.

 

Jeszcze kilka zdjęć 🙂

Dominikana - plaża

Dominikana - plaża

Dominikana

pod tą palmą leżałem

a tutaj piliśmy

NIKA&Artur

 


750x100travelaff222 Image Banner 750 x 100

Ten artykuł znaleziono w wyszukiwarce Google m.in. poprzez poniższe frazy kluczowe::

  • dominikana blog
13 godzin w samolocie- lot na drugi koniec świata

Kolejny odcinek relacji z wycieczki na Dominikanę, którą wykupiliśmy na GroupOn’ie

29.10.2011 CZĘŚĆ II

Zaspaliśmy!

Na szczęście zdążyliśmy na śniadanie. To było szybkie, ale pyszne śniadanie. Croissanty, truskaweczki (koniec października) pomarańcze, prawdziwe włoskie szynki, tosty, jogurty, miód i do tego wspaniałe cappuccino. Palce lizać!!!

NIKA: I kelner w spodniach Armaniego… 🙂

Zaraz po śniadaniu hotel sprawnie zorganizował transfer na lotnisko i o 10:30 byliśmy już na miejscu. Trochę zmyliło nas nasze biuro podroży Alba Tour. Powiedziano nam, że o 11:30 mamy się spotkać z ich przedstawicielem, okazało się to zupełnie niepotrzebne, ponieważ dokumenty, które mieliśmy wydrukowane w zupełności wystarczyły do CHECK-IN.  Zamiast więc czekać na roztargnionego Włocha mogliśmy już zająć miejsce w ogromnej kolejce, która na naszych oczach jeszcze się wydłużała. Po dotarciu na stanowisko Włocha i zorientowaniu się, że wszystko OK, stanęliśmy w tej kolejce. Przez co straciliśmy około 1,5 godziny. Na szczęście odprawa celna poszła już sprawniej. Po jej przejściu zrobiliśmy zakupy. Niestety nici z kupna perfum, ceny dokładnie takie same jak w naszych popularnych perfumeriach :-(.  Przy GATE 29 straciliśmy kolejne 40 minut w zasadzie nawet nie wiadomo dlaczego. Mogliśmy w tym czasie podziwiac Estonki pijące Grantsa z gwinta popijając go wodą gazowaną…

TrovaOfferte Inverno 2011

Artur : – Lecieliśmy samolotem wyczarterowanym podwójnie. Najpierw biura podróży wyczarterowały go od Air Italia, a ci od Arabic Airlines. Był to Airbus A330-200. Spory samolot. Mimo ogromnej kolejki przy odprawie, gdzie byliśmy prawie na końcu, miejsca mamy fajne. Rząd 14 KH. Co ciekawe nie ma rzędu numer….13. W pierwszej chwili pomyślałem, że to Włosi są tak przesądni, jednak ta maszyna należy de facto do Arabic. Podobno co ma się stać to i tak się stanie w WTC nie było piętra nr 13 i nic to nie dało.

Mimo czytanych na rożnych forach internetowych niepochlebnych opinii na temat Air Italia, byliśmy zaskoczeni jakością jedzenia oraz częstotliwością podawania napojów. Niepotrzebnie wydaliśmy około 20 euro na różne przekąski i napoje na lotnisku, tylko dlatego, że  istniała obawa, że przez te 11 godzin lotu nas przegłodzą. Jedzonko jak na warunki samolotowe podali smaczne i syte:

  • pierś z kurczaka

Jedzonko w Air Italia

  • ryż
  • sałatka ziemniaczana
  • pudding czekoladowy
  • krakersy i jakieś czekoladki

Pojawiło się też jakieś czerwone wino i kawa i herbata.
Nie wiedzieć czemu przy zbliżaniu się do granicy z oceanem kazano zasłonić wszystkie okna w samolocie. Zgasili światło i jak dzieciom kazali iść spać….Nie chcemy spać!  Na Dominikanie jest dopiero 11:30 AM.  Oglądaliśmy Harrego Pottera przeplatanego z Czarnym Łabędziem i Fantastyczną Czwórką. Każdy po 2-4 razy w wersji włoskiej dopiero później w angielskiej.

Artur: – samolot z zewnątrz wydawał się mi się nie za duży, ale w środku rzędy po 8 miejsc – takim jeszcze nie leciałem. Czekałem na turbulencje, które zapowiadał kapitan, ale zamiast turbulencji po 5 godzinach ludziska zaczęli się rozłazić po całym samolocie, stękać co niektórzy chrapać. Nikusi w końcu udało się znaleźć angielską wersję Harrego Pottera – wreszcie Harry czarował „normalnie”. Włoski zupełnie do niego nie pasował. Z nudów goniliśmy się po samolocie 🙂

13 godzin lotu ....ciężko było, ale wartoLot dłużył się niesamowicie. Mniej więcej od połowy drogi zaczęło ryczeć, rozpieszczone, afrowłoskie (???), mniej politycznie – murzyńskie dziecko w wieku około 4 lat ze smoczkiem w buzi. Ze strony włoskich mam nie pojawiła się jakakolwiek reakcja. Po prostu brała go na ręce i huśtała, a że takie coś w tym wieku waży już sporo, więc mamuśka nie dawała rady i próbowała go posadzić. Ryk zarzynanego prosiaka rozpoczynał się od nowa. To się nazywa ‚bezstresowe wychowanie’. Po paru godzinach wycia wywiązała się awantura. Włosi wkurzyli się i nawrzucali mamuśce, ona oczywiście odpyskowała i dalej to samo. Dopiero kiedy obcy facet – Dominikańczyk (podpatrzyliśmy jego paszport podczas odprawy, stał w kolejce z piękną, długonogą mulatką), znalazł dzieciakowi kilka zajęć w stylu: skakanie do tekturki, bieganie po samolocie itd. Na jakiś czas ryk umilkł.
Około 23:00 lokalnego czasu wylądowaliśmy w Hondurasie gdzie utknęliśmy na ponad 2 godziny za sprawą spóźnionego pilota. Lotnisko w Hondurasie wyglądało jak zaplecze budowy. Była noc, więc i tak wszystkiego nie widzieliśmy. Pas startowy strasznie krótki, więc było ostre hamowanie. Po dwóch godzinach bezczynnego siedzenia w samolocie ponieważ nie pozwolili nam wysiąść, Włochom puściły nerwy. Zrobili potworną awanturę do tego stopnia, że stewardesy zamiast załagodzić sytuację zaczęły się z nimi kłócić. W momencie komunikatu o starcie i prośbie o zapięcie pasów, Włosi złośliwie i ostentacyjnie zaczęli łazić po samolocie, a to do WC a to do znajomych w ostatnich rzędach.

Po kolejnych dwóch godzinach wylądowaliśmy wreszcie na Dominikanie i znowu zrobiło się ciekawie. Trasa wydostania się z lotniska La Romana wyglądała mniej więcej tak:

Organizacja CHECK-OUT na lotnisku LA ROMANA

Organizacja CHECK-OUT na lotnisku LA ROMANA

Po pokonaniu tego toru przeszkód (przynajmniej kilka dodatkowych osób ma pracę), odebraliśmy bagaże. Znaleźliśmy DARMOWE wózki i … dostaliśmy kolejny papierek do wypełnienia.  Pod tytułem ‚Deklaracja celna’.  Co prawda wypełnił je za nas Dominikańczyk z obsługi, który również zwrócił uwagę na moje imię, dodając, że dzisiaj jest również Domenica – niedziela.
Nie ma co – mój dzień na Dominikanie. Dominika w dniu Domenica wylądowała na Dominikanie. Jeszcze kilka chwil niepewności, ponieważ wyglądało, że latynoscy celnicy ostro trzepią,  za chwilę się okazało, że tylko swoich obywateli, sąsiadów oraz innych o ciemnej karnacji skóry. Nas uprzejmie powitali i życzyli miłego pobytu. Po wyjściu z terminala szybkie spotkanie z dominikańską rzeczywistością.  Najpierw potężny podmuch gorąca. Następnie,  po wskazaniu nam numeru autobusu przez rezydentkę Alba Tour, jeden z boyi ubrany w koszulkę biura prawie wyrwał nam nasze bagaże i po przejechaniu około 20 metrów jakie było do autobusu próbował wymóc na nas napiwek w wysokości ‚paper euro’. Dostał 1 euro w ‚coin’ i obrażony, dopiero po jakiejś chwili się odczepił.

Podróż do hotelu trwała około 30 minut. Drogi mają dziurowe, do tego stopnia, że prawdziwe sery szwajcarskie czerwienią ze się wstydu. Tak naprawdę, będąc w Polsce i mieszkając w mieście człowiek nawet nie wie, że ma długie światła w samochodzie, za to tutaj innych się prawie nie używa. Od święta kierowca naszego autobusu zmieniał je na światła mijania i to też dopiero jeżeli ktoś z naprzeciwka pierwszy zrobił to samo. Dopiero po minięciu znaków z napisem ‚Zona turistica’ nagle pojawiło się oświetlenie, drogi zrobiły się równe z liniami. Co wcale nie znaczy, że ktokolwiek wyłączył długie światła…

Nocny widok - niedaleko naszego pokoju

W hotelu szybki CHECK-IN, drin powitalny i szukanie swojego pokoju. Co prawda recepcjonista nam nawet pokazał go na mapie, ale oczywiście i tak nie wiedzieliśmy, w pierwszej chwili, gdzie go szukać. Pokój nie mieścił się w gronie domków,  tylko gdzieś na końcu terenu hotelu,  za to jak się nazajutrz okazało przy głównych atrakcjach. (bar, basen, plaża…:)) nad butikami, obok teatru.

Jak się później okazało- wymarzona miejscówka.

Pokój 5207 opisany był jako ‚family room’. Powierzchnia około 40 m2, king size bed, narożnik, TV – LCD, radio, ekspres do kawy, żelazko z deską do prasowania, łazienka z dwoma umywalkami. Jak się później okazało w domkach, które mijaliśmy pokoje były dwa razy mniejsze, zawierające wyłącznie TV. Nigdy się już nie dowiemy dlaczego dostaliśmy taki wypas, widocznie zasłużyliśmy 🙂

Po ogarnięciu wzrokiem okolicy z tarasu- padliśmy Była 3:30 lokalnego czasu.

NIKA&Artur

 

 


750x100travelaff222 Image Banner 750 x 100

Ten artykuł znaleziono w wyszukiwarce Google m.in. poprzez poniższe frazy kluczowe::

  • alba tour opinie
  • alba tour polska opinie
  • albatour opinie
  • opinie o alba tour
  • opinie alba tour