Archiwum dla kategorii »Szczęsliwe podróze «

Szczęśliwe podróże – OPOLE – fotoreportaż

FOTOREPORTAŻ

OPOLE 3/16

Opole stało się trzecim z szesnastu polskich (wojewódzkich) miast, do których zamierzam się wybrać w najbliższym czasie.

Mam szczęście do miast po zachodniej stronie Polski, ponieważ miasto to tak samo jak i Wrocław przywitało mnie bardzo ładną pogodą. W dodatku to była jeszcze Wielka Sobota (30.03.2013) także nie było problemów z korkami oraz miejscami parkingowymi  (w weekendy i święta bezpłatne) więc wjechałem do samego środka miasta.

Nie miałem ochoty na żadne większe zwiedzanie, więc omijałem wszelkie muzea, za to kilka razy przemierzyłem rynek i okoliczne uliczki. Pobyt wraz z obiadem trwał około 4 godzin. Miasto ma trochę podobny klimat do Wrocławia i jest po prostu urocze. Niestety największa atrakcja czyli wieża piastowska jest w remoncie i niestety nie dane było mi na nią wejść. Polecam „most groszowy” lub inna nazwa „zielony mostek”, wraz z kłódeczkami na których są wypisane daty ślubów wraz z imionami nowożeńców.

Zapraszam na krótką wycieczkę.

 

O wahaniu się i szczęściu w centrum Zachowania Rónorodności Biologicznej PAN.

Nieustannie próbuj. Nieustannie przegrywaj. To nieważne.
Próbuj jeszcze raz. I jeszcze raz przegrywaj.
Ale lepiej… (podpatrzone u koleżanki na FB nie znalazłem autora)

 

Ogród Botaniczny, każdy nie tylko ten w Powsinie skłania do refleksji. Kiedy jeszcze człowiek wygodnie wyłoży się pośród róż i otworzy książkę, która została spisana z wykładów i opowiadań OSHO obraz relaksu i błogości jest pełen.

Oprócz kilku zdjęć, które zrobiłem w ogrodzie chciałem się również podzielić dwoma, co prawda długimi ale cytatami (fragmentami) , które szczególnie utkwiły mi w głowie.

Pierwszy dotyczy wahania się. Teraz już mniej, ale jeszcze kilkanaście miesięcy temu miałem z tym istne tortury. Cały czas dialog wewnętrzny, a czy to będzie dobrze, a czy to wypada, a czy nie ośmieszę się, a czy na pewno powinienem to zrobić.  Setki myśli na sekundę, a czas który był na działanie albo jakaś okazja po prostu znikały. Wtedy myślałem sobie to może i dobrze. Widocznie miało tak być …BŁĄD!!! OSHO pisze (precyzyjniej – powiedział kiedyś)

„ Dlaczego ludzie tak bardzo się wahają? – bo od dzieciństwa mówiono Ci, byś nie popełniał błędów. Taka jest jedna z największych nauk wszystkich społeczeństw świata, bardzo niebezpieczna, szkodliwa. Nauczaj dzieci, by popełniały jak najwięcej błędów, ale by nie popełniały tego samego błędu ponownie. Wtedy będą wzrastać, doświadczać coraz więcej i nie będą się wahać. W przeciwnym razie jest drżenie… czas ucieka, a ty wciąż jesteś niezdecydowany.”

Tyle lat nauki, setki przeczytanych książek, a te dwa zdania dopiero teraz mnie znalazły. Dotyczy to i pracy, jak i relacji w związkach i w zwykłym życiu codziennym ileż zmarnowanych okazji przez taką głupotę jak wahanie się i tą myśl „a co będzie jak ktoś sobie coś tam pomyśli”. Koniec- OSHO – thx.

Drugi fragment zacytuję ponieważ ma związek ze szczęściem – a przecież to nadrzędna sprawa dla tego bloga. Skup się ,po prostu zrozum ten kawałek.

„ Kiedy wspinasz się na najwyższy szczyt górski, jest to żmudne, ale gdy docierasz, kładziesz się i patrzysz w niebo, radość wypełnia twoje serce. Radość pojawia się zawsze wtedy, gdy docierasz na dowolny szczyt kreatywności.

Bycie szczęśliwym wymaga inteligencji, a ludzi naucza się w taki sposób, by wciąż byli nieinteligentni. Społeczeństwo nie chce by rozkwitła inteligencja. Nie potrzebuje inteligencji, tak naprawdę boi się jej. Społeczeństwo potrzebuje głupich ludzi. Dlaczego? – ponieważ głupi ludzie są posłuszni. Inteligentni lidzie mogą być posłuszni albo nie, ale głupi człowiek jest zawsze posłuszny, zawsze jest gotów wypełniać rozkazy. Potrzebuje kogoś, kto będzie wydawał mu polecenia, ponieważ nie ma inteligencji, by żyć samodzielnie. Chce, by ktoś nim kierował, sam szuka własnych tyranów.

Politycy nie chcą, by w świecie pojawiła się inteligencja, nie chcą tego ani generałowie ani księża. Nikt tak naprawdę nie chce inteligencji. Ludzie chcą by każdy był głupi, bo wtedy jest posłuszny, konformistyczny. Nigdy nie wychyla się z tłumu, pozostaje jego częścią. Można wtedy nim kierować, manipulować, rządzić.

Inteligentny człowiek jest buntowniczy. Inteligencja jest buntem .Inteligentny człowiek sam decyduje  czy powiedzieć tak czy nie.  Nie może być tradycjonalistyczny, nie ma czego czcić w przeszłości. Inteligentny człowiek chce stworzyć przyszłość, chce żyć w  teraźniejszości. Życie w teraźniejszości jest jego sposobem na tworzenie przyszłości.

Inteligentny człowiek nie trzyma się kurczowo martwej przeszłości, nie dźwiga zwłok. Bez względu na to, jak są piękne, bez względu jak są cenne, nie dźwiga ich. Skończył z przeszłością, przeszłość odeszła na zawsze.

Jednak głupi człowiek jest tradycjonalistyczny. Jest gotów słuchać księdza czy głupiego polityka, jest gotów spełniać wszelakie rozkazy- padnie do stóp każdego, kto ma autorytet. Szczęście nie może istnieć bez inteligencji. Człowiek może być szczęśliwy tylko wtedy, gdy jest inteligentny, całkowicie inteligentny.”

To tyle albo aż tyle. Polecam zajrzeć do Księga mądrości – Siedem Punktów Treningu Umysłu. OSHO. Są miejsca gdzie nie rozumiem tego człowieka, są miejsca gdzie doznawałem olśnienia. Być może muszę jeszcze dorosnąć do tej książki i jeszcze klika razy wracać do jej lektury.

Gdyby ktoś miał ochotę zapytać jakie to kwiaty, to owszem nazwy niektórych pamiętam albo mam spisane, ale będę odpowiadał, -te które mi się podobały.

 

Artur {Gapiart} Olędzki


 


 

 

 

Twierdza Modlin zdobyta…

plan twierdzy Modlin

Po ostatnich wyprawach do Wilczego Szańca oraz Mamerek, wczoraj mi przyszło do głowy, że również niedaleko Warszawy jest jedna fortyfikacja warta obejrzenia. Zajrzałem na stronę http://www.twierdzamodlin.pl/. Okazało się że indywidualne zwiedzanie może być mało atrakcyjne, lepiej wynająć przewodnika. Było trochę późno więc dzisiaj pojechałem w ciemno na 10:00. Bez problemu za 20 zł zostałem dołączony do grupy. Tak naprawdę to jest po części wycieczka samochodowa, obiekty są oddalone od siebie w znacznych odległościach, dlatego stworzyła się kolumna samochodów.

Cmentarz, potem Schron płk Piętki – Protofort. Przewodniczka tłumaczy, że obcokrajowców tutaj nie przyprowadza, bo…tam jest po prostu śmietnik. Pełno butelek po napojach wyskokowych. Teren niby już prywatny, ale ogólnodostępny więc tak naprawdę niczyj, nikt nie pilnuje nikt nie sprząta.
Największa atrakcja to kozy. Jako prawdziwe gospodynie przynajmniej ładnie oczyszczają z trawy i zielska suchą fosę.

Kozy

Kozy, wywarły na grupie zdecydowanie większe wrażenie niż tam jakieś działobitnie.

Następny obiekt to reduta Napoleona. Ten tak samo jak Hitler, sam projektował bunkry (Hitler osobiście zaprojektował kilka bunkrów między innymi nr 6 w Mamerkach). Budowla trochę mniej zniszczona niż poprzednia, za to policja przyłapała parę miesięcy temu kilku facetów, którzy mając jakieś nieznane naszym historykom plany właśnie odkopywali kolejny tunel. Pisząc „mniej zniszczona” mam na myśli zniszczenia nie wojenne, ani związane z wiekiem budowli, ale o ostaniach 10 latach, od kiedy teren opuściło wojsko i aktach wszelkiego rodzaju wandalizmu. Z innego rodzaju ciekawostek redutę można kupić cena wywoławcza około 300 tys zł.
Potem oglądana za płota Działobitnia gen. Dehna. Przez kraty, ponieważ obiekt prywatny, teoretycznie powinien, jako zabytek być ogólnodostępny, ale właściciel ogrodził i co? Tak samo z kasynem oficerskim. Pooglądaliśmy elewację budynku, oraz kilka zdjęć i znowu do samochodu.
Koszary, najdłuższe koszary i budynek w Europie.

Koszary Modlin

Najdłuższe koszary w Europie, budynek ma 2,3 km długości. Dawniej zamiast okien, były otwory strzelnicze.

Możliwość kupienia, cena 30 milionów złotych. Jednak kiedy Australijczycy chcieli z tego zrobić wielkie kasyno, takie największe przynajmniej na środkową Europę, okazało się, że polskie prawo nie pozwala na postawienie tylu automatów bo…ilość automatów musi być proporcjonalna do ilości mieszkańców. Nowy Dwór Mazowiecki nie jest wielkim miastem, więc po co ma się kręcić tam biznes.
Od 10 lat koszary nie są ogrzewane, część nie ma okien. Za następne 10 lat państwo odda komuś to za darmo.

radziecka – 76 mm armata pułkowa wz. 1927 przy jednym z ważniejszych pomników polskich obrońców z 1939 roku

Gdzieś po drodze jeszcze krótka historia obrony Modlina w 1939 roku. Rozumiem, że grupa może być mało historyczna i się śpieszymy, ale dlaczego ta historia jest opowiadana na poziomie szkoły podstawowej. Żeby jeszcze było ciekawiej, przy samym pomniku stoją dwie armaty, radzieckie- 76 mm armata pułkowa wz. 1927, podobno za wkład Rosjan za wyzwolenie Modlina- OK, niech będzie.

W końcu Wieża Tatarska. To mi się nawet spodobało, a dokładniej widok z niej. Rzadko można oglądać z takiej wysokości dwie rzeki. Piękny widok brunetki Narwi wpływającej do ciemnej blondynki Wisły. Wody Narwi są ciemne bo przepływają przez bagna. Wisła niesie pełno piachu.

Po lewej – brunetka to Narew, po prawej ciemny blond – Wisła w głębi ruiny spichlerza

Sumując na razie mam dość wszelkich fortyfikacji, Wilczy Szaniec, Mamerki, teraz Modlin totalnie mnie rozczarowały. Nawet nie fortyfikacje jako fortyfikacje (znam trochę historie, więc mi wystarczy trochę wyobraźni i mogę sobie odtworzyć jak mogło to wyglądać naprawdę). Rozczarowuje mnie podejście do tego, śmieci, brud, brak zainteresowania państwa. Z drugiej strony biznes prywatny zastraszany przez konserwatora zabytków. Wygląda, że lepiej niech się niszczy niż komuś to sprzedać.

Zdobywca Twierdzy Modlin

Następne fortyfikacje to chyba teraz już tylko Linia Maginota, zobaczę jak i czy Francuzi potrafią na czymś takim zarabiać, bo podobno można zarobić na czymś takim.

Artur {Gapiart} Olędzki



Ten artykuł znaleziono w wyszukiwarce Google m.in. poprzez poniższe frazy kluczowe::

  • twierdza modlin
Wielki skok (powietrze)

Amerykańska pisarka Helen Keller napisała kiedyś: „Nie wolno zgadzać się na pełzanie, kiedy czujemy potrzebę latania”

Samo latanie „chodzi” za mną od wielu lat.  Odrzutowe samoloty pasażerskie od dawna nie są jednak żadną frajdą. Loty widokowe to również średnia przyjemność. Od jakiegoś czasu rodziła się we mnie potrzeba wielkiego lotu, czegoś naprawdę mocnego i na pewno to nie miał być lot balonem.

Oczekiwanie

Oczekiwanie

Z Kasią zgadaliśmy się oczywiście zupełnie przypadkowo. Od słowa do słowa wyszło, że decydujemy się na WIELKI SKOK !
Jednak same chęci to nie wszystko i sprawa na jakiś miesiąc ucichła. Jednak „dostrój się do częstotliwości czego pragniesz, a w nieunikniony sposób stanie się to twoją rzeczywistością” tak było i tym razem. Obudziłem się około 4:40 nad ranem. Zupełnie wyspany. Z jakiegoś powodu odpaliłem pocztę na kshopping.groupon.pl?CID=PL_AFF_66_10_1_1&utm_source=aff_66&utm_medium=aff_10&utm_campaign=aff_1&utm_content=aff_1&nlpomputerze, a tam oferta Groupon’a – skok w tandemie z wysokości 4 km !!!- 50 sekund swobodnego spadania z prędkością 200 km/h.   Do godziny 12:00 Kasia załatwiła wszystko od 5 osobowej ekipy wariatów po wszelkie formalności. Pozostało czekać na dzień 30.06.2012.


Skoki odbywają się na lotnisku w niedużym mieście Przasnysz, jakieś 90 km na północ od Warszawy. Godzina 10:00 zwarci o gotowi stawiliśmy się na trawie lotniska. Przez około godzinę obserwowaliśmy jak niewielka Cessna 206 dwa razy wzbijała się w powietrze z kolejnymi  śmiałkami. Start i po 30 minutach, prawie równocześnie z powoli opadającymi skoczkami lądowała. Mimo że wcześniejsze losowanie wskazywało, że mój skok będzie ostatni, okazało się, że lecimy z Kasią pierwsi.

Budynek lotniska sporotwego w Przasnyszu

Budynek lotniska sportowego w Przasnyszu

Moim aniołem stróżem na czas skoku został człowiek o ksywce „Koniu”. Właśnie od niego zależało czy będę pisać ten tekst. Koniu mnie ubrał w kombinezon skoczka, poodciskał wszelkie paski aż  mi , oczy z orbit powychodziły. Krótka odprawa. W jaki sposób wszystko się odbędzie, jak się zachowywać podczas skoku, kilka ćwiczeń.  Oczywiście w tym momencie nic człowiek nie pamięta. Jak dla mnie największe nerwy i strach to było przy ubieraniu i odprawie.  Czym dalej w las tym większy spokój. Zaczekaliśmy, aż  Cessna się dotankuje  i start. Na marginesie mam w tej chwili o jeden start samolotem więcej niż lądowań. W takim samolociku mieści się pilot i sześć osób.

Robią ze mnie 'skoczka spadochronowego'

Robią ze mnie ‚skoczka spadochronowego’

Mieści się, ponieważ tak naprawdę prawie siedzi się na kolanach swojego instruktora.

4000 metrów to naprawdę wysoko. Jest to maksymalna wysokość z jakiej można skakać bez badań lekarskich i uprawnień. Cessna wspinała się prawie 20 minut, stękając przy tym niemiłosiernie. Wydawało się,  że zaraz się rozleci tak wszystko skrzypiało i jęczało. Na jakiś 3000 Koniu mnie dosłownie przypiął do siebie. Potem otworzyła się płachta na prawej burcie samolotu. W dziurze najpierw zniknęli instruktor i uczeń. Następnie Kasia ze swoim instruktorem. I w końcu moja kolej. Kciuk do góry w kierunku pilota. Jest OK.  Spojrzałem w dół na Ziemię – idealna mapa, taka z Zumi albo Google Maps.  Autentycznie bardziej straszno jest na balkonie na 13 piętrze.  Ready and go…..

50 sekund swobodnego spadania z prędkością 200 km/h. Akurat te 50 sekund to chyba najszybsze sekundy w moim życiu. Słychać szum powietrza, normalnie się oddycha. Pamiętam klepnięcie oznaczające, że mam rozłożyć ręce.  Pamiętam kilka poprawek brody i nóg. Pełna koncentracja i umysł jasny jak nigdy. Żadnej obawy, żadnego dialogu wewnętrznego. Jedynie co mi wtedy do głowy przyszło to recytacja mojej ulubionej afirmacji.  Powoli – słowo za

Miękkie lądowanie na czterech literach

słowem.

W końcu lekkie szarpnięcie.  Komunikat Konia „Spadochron otworzył się prawidłowo” tak jakby to miało jakiekolwiek znaczenie J. Dostałem do ręki linki spadochronu, za nim się zorientowałem jak mam to trzymać (pewnie na filmie będzie widać.. hihi) minęła chwila. Potem klika zwrotów raz prawo raz w lewo. Karuzela wymięka przy tym. Koniu podpowiadał żeby sobie pokrzyczeć, jednak moim zdaniem lepiej posłuchać odgłosów powietrza na spadochronie niż własnych krzyków. Ziemia się uparła i zbliżała coraz bardziej. Koniu zabrał mi linki spadochronu. Zrobiliśmy jeszcze dwa kółka nad lotniskiem, komenda nogi

Pierwsze kroki- znowu na Ziemi :) 30.06.2012 13:06:34T he mission is completed!!!

Pierwsze kroki- znowu na Ziemi 🙂 30.06.2012 13:06:34 The mission is completed!!!

do góry. I….za chwilę siedzę na ziemi na własnych 4 literach. Miękko, zgrabnie i profesjonalnie. Pierwsza myśl po wylądowaniu – chcę jeszcze !!!

50 sekund – jedne z ciekawszych w życiu. Około 8 minut na spadochronie, ciekawe przeżycie. Polecam naprawdę bo:

„Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj”
— Mark Twain

Jak tylko dostanę mój  film, nie omieszkam go zamieścić.

Wrażenia spisał
Artur {gapiart} Olędzki



 

Santo Domingo – wycieczka do najstarszego, "europejskiego" miasta w Nowym Świecie

02.11.2011 CZĘŚĆ VI

{01.11.2011 czyli wtorek – część V pojawi się wkrótce 🙂 }

Na wycieczkę do Santo Domingo wybieraliśmy się w piątek. Jednak kiedy dowiedzieliśmy się, że środa, zgodnie z prognozami, miała być deszczowa, a niebo zasnute chmurami postanowiliśmy przyśpieszyć naszą wycieczkę. Dlatego też w środę około 9:30 czasu dominikańskiego (czytaj 20 minutowe spóźnienia są w jak najlepszym porządku ) w szóstkę zameldowaliśmy się w recepcji i zaczęliśmy negocjacje z taksiarzem.

Mimo usilnych prób i starań udało nam się jedynie wynegocjować, że w cenie 150 dolarów zabierze nie 5 a 6 osób. Z bólem serca po szybkim przeliczeniu ile nas ta usługa będzie kosztować załadowaliśmy się do taksówki (Toyota van). Dla przyszłych pokoleń….nie wiem czy nie warto by było wyjść poza hotel. Nawet w kraju jeżeli recepcjonista zamawia taxi to zawsze to będzie najdroższa taksówka w miesicie. Z drugiej strony ten, który z nami jechał nie robił tego po raz pierwszy, więc wiedział czego od niego się oczekuje, wiedział gdzie stanąć i zaparkować (co jak się później okaże nie jest to prostą sprawą w Santo Domingo)

Uliczka (foto by Marry&Borsuk)

Z początku droga była prosta i żałowaliśmy, że nie wynajęliśmy samochodu w cenie za około 55 dolarów za dzień. Jednak zaraz po wjechaniu do La Romana, wszyscy szybko zmieniliśmy zdanie. Z dziesięć razy byśmy się władowali w coś – samochód, skuter, motocykl, ludzie stojący na środku drogi. Generalnie nie ma dla nich znaczenia ile jezdnia ma pasów, jest tyle ile samochodów, motocykli i co tam jeszcze wlezie, się w danej chwili na owej jezdni zmieści. Skręcanie z lewego pasa w prawo to norma. Jazda na długich i awaryjnych też. Ludzie sunący w poprzek jezdni, ludzie na wózkach inwalidzkich jadący pod prąd. Dzieciaki myjące szyby w ekspresowym tempie. Luzik. Lekko bladzi wyjechaliśmy przejechaliśmy La Romane. Nawet nasz kierowca wyzywał kogoś, kto mu zajechał drogę. Nie jest niczym nadzwyczajnym spotkanie jadącego pojazdu z potrzaskaną (nie piszę o pękniętej!) przednią szybą. Myślę, że za niektóre pojazdy nie zabrałby się żaden polski, słynący przecież z różnych dziwnych składanek, mechanik i lakiernik.

Dalsza droga aż do Santo Domingo wiła się spokojnie. Jechaliśmy czymś na kształt autostrady, której to jedna nitka się po kilku kilometrach się skończyła i zrobiła się autostrada z jednym pasem. Na “autostradzie” co chwile mijaliśmy się z różnymi formami załadunku. Kilka osób na pace ciężarówki, cztery osoby na motorze, jakaś rodzina na przyczepce, takiej od wożenia świnek albo krówek.

Przegląd popularnych środków transportu (foto by Marry&Borsuk)

Przegląd popularnych środków transportu (foto by Marry&Borsuk)

Co trzeba przyznać, jeżdżą niebezpiecznie ale znacznie wolniej. Kierowca jechał w okolicach 80 km/h.
Wjazd do Santo to jeszcze większa magia. Żadnych oznaczeń, pogmatwane drogi, ruch jak kto chce. Szczęki nam opadły gdy jadąc po moście zwodzonym (pod spodem płynęła jakaś gęsta, zielona ciecz opisana jako rzeka) a po środku, pod prąd sunął człowiek na wózku inwalidzkim i żebrał…
Światła paliły się na raz i czerwone i zielone – do wyboru do koloru 😀 Do odważnych świat należy nie ma co!.

 

Gdzieś w Zona Colonial- potrzaskana przednia szyba w samochodzie - norma (foto by Marry&Borsuk)

Kierowca wysadził nas na placu Kolumba. Umówiliśmy się na 4h czekania na nas. Tuz po wyjściu z taksówki doskoczył do nas miejski przewodnik, który zaczął się chwalić, że pracuje na zlecenie rządu i nie pobiera opłat. Dał nam jakąś mapę, zaprowadził do bezpłatnych (!!!) toalet wstrzymując przy tym ruch abyśmy mogli przejść przez ulicę.

Po prawej typowy kosz uliczny

Po prawej typowy kosz uliczny (foto by Marry&Borsuk)

Co nas uderzyło to wszechobecny brud, nie znaleźliśmy żadnego zwykłego miejskiego kosza. Rynsztoki głębokie do kolan, ciekawe rzeczy muszą się tam dziać jak pada. Dziury w drzwiach pozwalające zajrzeć do czyjegoś domu równie brudnego, co ulica. Atmosfera nicnierobienia, grania w karty, obserwowania wszystkiego, co wokoło. Wydawać by się mogło sielanka, gdyby nie fakt ich potwornych zaniedbań wynikających poniekąd z owej sielany.

Santo Domingo

Taksówka, w głębi rynsztok do łamania nóg. (foto by Marry&Borsuk)

Zabytki – fakt są. Owszem kilka ich mają, co z tego, że kilka lat wszystko się tam rozsypie I w zasadzie tyle o nich. Zniszczone, zaniedbane, pozamykane.
Co ciekawe prawie na każdej uliczce można znaleźć drukarnię, taką prawdziwą!


Kilka słów o naszym zwiedzaniu. Wystartowaliśmy z placu Kolumba, od którego tutaj wszystkie wycieczki się zaczynają i na którym wszystko kończy. Oczywiście dla turystów. Połaziliśmy po Zona Colonial – dzielnicy kolonialnej wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Widzieliśmy Alcazar de Colon, dom Diego Kolumba, syna odkrywcy. Gdzieś, przez moment podreptaliśmy najstarszą ulicą miasta, Calle de las Damas. Do tego przystanęliśmy pod, bo do środka nie wchodziliśmy, bo dziewczyny były zbyt, „rozwiąźle” ubrane, Panteonem Narodowym. Taki tutejszy Wawel – mają tam pochowanych bohaterów narodowych. Również byliśmy pod Catedral Primada, najstarszą katedrę Nowego Świata, w której podobno znaleziono prochy Krzysztofa Kolumba. Podobno bo kilka państw oraz kilkanaście miast również do tego się przyznaje. Poznaliśmy również te bardziej mroczne zakamarki Santo Domingo.

Chyba najdroższy w tej części świata deptak - Calle El Conde, chociaż czysty i zadbany (foto by Marry&Borsuk)

Oczywiście jest również specjalny deptak dla turystów. (Calle El Conde) A jakże, są piękne knajpki, sporo sklepów , tylko co z tego kiedy wszystkie ceny podane w dolarach, i to jakich dolarach – masakra.
Zmęczeni szlajaniem się w upale znaleźliśmy knajpkę, w której nie było turystów. (Pisałem powyżej że środa miała być deszczowa? Spokojnie jeszcze będzie, na razie mamy około 30 stopni w mieście 🙂 )
Już samo złożenie zamówienia było parodią. Posuwistym krokiem zbliżyła się do nas dziewoja obszerna, z bluzką podkreślającą obszerność. Od niechcenia wyjęła maluteńki w jej dłoniach notesik i westchnęła.
Poczuliśmy presję.
Menu po hiszpańsku, pani ni w ząb w jakimkolwiek innym języku. Po 10 min połowa nas zamówiła – ta która siedziała bliżej znudzonej kelnerki. gdy już zabazgrała co usłyszała spojrzała na nas wgniatając nas w krzesła. Starając się nie tracić zimnej krwi i ruchem dłoni poleciłem jej zbliżyć się do drugiej część stolika i towarzystwa. Zapadła cisza, którą przerwało kolejne westchnięcie i dźwięk odrywanej stopy od podłogi. Pani zaczęła iść w naszym kierunku. 2 minuty później pokonała dystans 2 m i zaczęła notować.

To również Santo Domingo (foto by Marry&Borsuk)

Zniknęła nam z pola widzenia.

Minęło 15 min. Nic.
25 pusto na stole.

30 wychodzimy?

45 o tak!!! z kuchni wyłoniła się kelnerka z jedzeniem.
Szybki przegląd zamówienia.

Betty zamówiła zupę, którą jej podano w misce wielkości miednicy z toną mięsa w środku, w smaku ponoć jak pomidorówka.
Przemo dostał makaron – ledwo wciągnął.

Bartek zamówił zupę – dostał kurczaka w sosie z frytkami. Merry zamówiła krewetki (bagatela 50 zł na nasze) i dostała w tej cenie 5 sztuk małych krewetek, oblanych sosem z frytkami . My zamówiliśmy tortille, która okazała się omletem, też z frytkami. Pojedzeni i pełni nowych wrażeń rozdzieliliśmy się w celu zrobienia zakupów.

Tani hipermarkiet na kółkach (foto by Marry&Borsuk)

Dopadliśmy do jakiegoś marketu. Kupiliśmy rum, prawdziwy cynamon, wanilię, doładowaliśmy kartę do Claro.
Przed wyjazdem Nika wspominała, że chciała sobie kupić coś z larimaru. Nic z tego. Ceny jakie zaczęli nam podawać za niewielkie okazy ścięły nas z nóg. oczywiście cwaniactwo pierwsza klasa. Na widok Twojego zainteresowania sprzedawca wyciąga maciupeńką wagę, mierzy, potem to pięć razy przelicza, chrząka coś pod nosem i wydaje werdykt – za pierścionek z larimarem wielkości pchły – 2000 pesos (lub jeszcze szybciej wyliczane – 52 dolary, lub trochę wolniej liczone przez nas 175 PLN) i of course „ his is special price for sou my friends! polish people is good people” yhy… Co gorsza, w ogóle nie chcieli się targować! Ani o dolca nie zeszli z ceny!

A to supermarkiet na kółkach (foto by Marry&Borsuk)

Nikuś nie ma zatem pamiątki, na która tak się nastawiała.
Chciała kupić cokolwiek innego, co by mogło nazywać się pamiątką a nie tylko pierdółką – zachcianką. Nic nie kupiła. Raz, ze pierdółkownia niesamowita, a dwa ceny z kosmosu.

Szybko pojawiła się 16:00 i trzeba było się zbierać do hotelu. Czekało nas 220 km dziwnych dróg i jakieś 2,5 godziny jazdy. W drodze powrotnej oprócz “normalnych” widoków jakimi stały się liczne, ciężko uzbrojone patrole i kontrole wojska i policji pojawiły się również również piaskowe dziury na autostradzie. Polegało to na tym że w pewnym momencie nasz kierowca nagle zjeżdżał na prawy pas. Generalnie mimo, że na Dominikanie obowiązuje ruch prawostronny on jechał całe 220 km lewą stroną. Zjeżdżał tylko dlatego ponieważ na lewym pasie ktoś zabrał jakieś 300 metrów asfaltu. Został jedynie podkład z piasku. Oczywiście nasi rodzimy drogowcy byliby zachwyceni, ani jednego znaku o dziurze, o zwężeniu, żadnego pachołka – NIC. Piaskowe dziury pojawiły się jeszcze kilka razy. Gdybym jechał własnym bądź pożyczonym samochodem, mimo ,że bardzo starałem się je wypatrzeć, na bank kilka razy bym w ten piach wjechał. Nie byłoby prosto wyciągnąć auto z czegoś takiego.

Potem nasz kierowca zafundował nam jeszcze jedną atrakcję. Tankowanie. Niby nic takiego, ale wyobraźcie sobie sytuację. Przy jednym dystrybutorze my – tankujący gaz LPG, silnik włączony. Przy drugim dziecko na motorze .Dziesięciolatek na kolanach trzyma butle gazową, do której tatuś podłącza wąż i spokojnie zaczyna tankować. Gdyby jeszcze któryś z pracowników tej stacji trzymał w gębie cygaro – obraz byłby kompletny. (z ciekawości : cena benzyny to 210 peso za galon czyli 18,2 zł za 4,5461 litra czyli około 4 zł za litr….)

Na placu Kolumba (foto Marry&Borsuk)

Kolejne minuty to ….ulewa, taka konkretna ulewa po której La Romana zamieniała się w jezioro z wewnętrznymi rzekami. Znowu cieszyliśmy się, że mimo wysokich kosztów taksówki żadne z nas nie musiało samodzielnie przez to się przedzierać. Rzeki na ulicach, mimo to ludziska jakby przyzwyczajeni. Kawełek tektury nad głowę, jakaś reklamówka, żadnego ukrywania się przed wodą, po prostu – idziemy czy jedziemy dalej. Szczególnie ciekawie wygladali ludzie na skuterach lub ci zapakowani na paki ciężarowych aut. Tak naprawdę nie potrafię sobie przypomnieć czy ktoś z nich posiadał parasol….
Około 19:00 dojechaliśmy do naszego hotelu Catalonia Gran Dominicus. Została do zjedzenia kolacja, tym razem wszyscy wybrali się do Rodeo House na super steki.Na prawdę warto. Potem zajęcia w podgrupach, na koniec teatr i ……..spać……

Artur Olędzki

PS. Dzięki Marry i Bartkowi za udostępnienie zdjęć – nasz aparat do tej pory odchorowuje tamtejszą wilgoć 🙂


 



040711 v2 Image Banner 750 x 100

Ten artykuł znaleziono w wyszukiwarce Google m.in. poprzez poniższe frazy kluczowe::

  • Dominikana