Archiwum dla kategorii »Dominikana «

Santo Domingo – wycieczka do najstarszego, "europejskiego" miasta w Nowym Świecie

02.11.2011 CZĘŚĆ VI

{01.11.2011 czyli wtorek – część V pojawi się wkrótce 🙂 }

Na wycieczkę do Santo Domingo wybieraliśmy się w piątek. Jednak kiedy dowiedzieliśmy się, że środa, zgodnie z prognozami, miała być deszczowa, a niebo zasnute chmurami postanowiliśmy przyśpieszyć naszą wycieczkę. Dlatego też w środę około 9:30 czasu dominikańskiego (czytaj 20 minutowe spóźnienia są w jak najlepszym porządku ) w szóstkę zameldowaliśmy się w recepcji i zaczęliśmy negocjacje z taksiarzem.

Mimo usilnych prób i starań udało nam się jedynie wynegocjować, że w cenie 150 dolarów zabierze nie 5 a 6 osób. Z bólem serca po szybkim przeliczeniu ile nas ta usługa będzie kosztować załadowaliśmy się do taksówki (Toyota van). Dla przyszłych pokoleń….nie wiem czy nie warto by było wyjść poza hotel. Nawet w kraju jeżeli recepcjonista zamawia taxi to zawsze to będzie najdroższa taksówka w miesicie. Z drugiej strony ten, który z nami jechał nie robił tego po raz pierwszy, więc wiedział czego od niego się oczekuje, wiedział gdzie stanąć i zaparkować (co jak się później okaże nie jest to prostą sprawą w Santo Domingo)

Uliczka (foto by Marry&Borsuk)

Z początku droga była prosta i żałowaliśmy, że nie wynajęliśmy samochodu w cenie za około 55 dolarów za dzień. Jednak zaraz po wjechaniu do La Romana, wszyscy szybko zmieniliśmy zdanie. Z dziesięć razy byśmy się władowali w coś – samochód, skuter, motocykl, ludzie stojący na środku drogi. Generalnie nie ma dla nich znaczenia ile jezdnia ma pasów, jest tyle ile samochodów, motocykli i co tam jeszcze wlezie, się w danej chwili na owej jezdni zmieści. Skręcanie z lewego pasa w prawo to norma. Jazda na długich i awaryjnych też. Ludzie sunący w poprzek jezdni, ludzie na wózkach inwalidzkich jadący pod prąd. Dzieciaki myjące szyby w ekspresowym tempie. Luzik. Lekko bladzi wyjechaliśmy przejechaliśmy La Romane. Nawet nasz kierowca wyzywał kogoś, kto mu zajechał drogę. Nie jest niczym nadzwyczajnym spotkanie jadącego pojazdu z potrzaskaną (nie piszę o pękniętej!) przednią szybą. Myślę, że za niektóre pojazdy nie zabrałby się żaden polski, słynący przecież z różnych dziwnych składanek, mechanik i lakiernik.

Dalsza droga aż do Santo Domingo wiła się spokojnie. Jechaliśmy czymś na kształt autostrady, której to jedna nitka się po kilku kilometrach się skończyła i zrobiła się autostrada z jednym pasem. Na “autostradzie” co chwile mijaliśmy się z różnymi formami załadunku. Kilka osób na pace ciężarówki, cztery osoby na motorze, jakaś rodzina na przyczepce, takiej od wożenia świnek albo krówek.

Przegląd popularnych środków transportu (foto by Marry&Borsuk)

Przegląd popularnych środków transportu (foto by Marry&Borsuk)

Co trzeba przyznać, jeżdżą niebezpiecznie ale znacznie wolniej. Kierowca jechał w okolicach 80 km/h.
Wjazd do Santo to jeszcze większa magia. Żadnych oznaczeń, pogmatwane drogi, ruch jak kto chce. Szczęki nam opadły gdy jadąc po moście zwodzonym (pod spodem płynęła jakaś gęsta, zielona ciecz opisana jako rzeka) a po środku, pod prąd sunął człowiek na wózku inwalidzkim i żebrał…
Światła paliły się na raz i czerwone i zielone – do wyboru do koloru 😀 Do odważnych świat należy nie ma co!.

 

Gdzieś w Zona Colonial- potrzaskana przednia szyba w samochodzie - norma (foto by Marry&Borsuk)

Kierowca wysadził nas na placu Kolumba. Umówiliśmy się na 4h czekania na nas. Tuz po wyjściu z taksówki doskoczył do nas miejski przewodnik, który zaczął się chwalić, że pracuje na zlecenie rządu i nie pobiera opłat. Dał nam jakąś mapę, zaprowadził do bezpłatnych (!!!) toalet wstrzymując przy tym ruch abyśmy mogli przejść przez ulicę.

Po prawej typowy kosz uliczny

Po prawej typowy kosz uliczny (foto by Marry&Borsuk)

Co nas uderzyło to wszechobecny brud, nie znaleźliśmy żadnego zwykłego miejskiego kosza. Rynsztoki głębokie do kolan, ciekawe rzeczy muszą się tam dziać jak pada. Dziury w drzwiach pozwalające zajrzeć do czyjegoś domu równie brudnego, co ulica. Atmosfera nicnierobienia, grania w karty, obserwowania wszystkiego, co wokoło. Wydawać by się mogło sielanka, gdyby nie fakt ich potwornych zaniedbań wynikających poniekąd z owej sielany.

Santo Domingo

Taksówka, w głębi rynsztok do łamania nóg. (foto by Marry&Borsuk)

Zabytki – fakt są. Owszem kilka ich mają, co z tego, że kilka lat wszystko się tam rozsypie I w zasadzie tyle o nich. Zniszczone, zaniedbane, pozamykane.
Co ciekawe prawie na każdej uliczce można znaleźć drukarnię, taką prawdziwą!


Kilka słów o naszym zwiedzaniu. Wystartowaliśmy z placu Kolumba, od którego tutaj wszystkie wycieczki się zaczynają i na którym wszystko kończy. Oczywiście dla turystów. Połaziliśmy po Zona Colonial – dzielnicy kolonialnej wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Widzieliśmy Alcazar de Colon, dom Diego Kolumba, syna odkrywcy. Gdzieś, przez moment podreptaliśmy najstarszą ulicą miasta, Calle de las Damas. Do tego przystanęliśmy pod, bo do środka nie wchodziliśmy, bo dziewczyny były zbyt, „rozwiąźle” ubrane, Panteonem Narodowym. Taki tutejszy Wawel – mają tam pochowanych bohaterów narodowych. Również byliśmy pod Catedral Primada, najstarszą katedrę Nowego Świata, w której podobno znaleziono prochy Krzysztofa Kolumba. Podobno bo kilka państw oraz kilkanaście miast również do tego się przyznaje. Poznaliśmy również te bardziej mroczne zakamarki Santo Domingo.

Chyba najdroższy w tej części świata deptak - Calle El Conde, chociaż czysty i zadbany (foto by Marry&Borsuk)

Oczywiście jest również specjalny deptak dla turystów. (Calle El Conde) A jakże, są piękne knajpki, sporo sklepów , tylko co z tego kiedy wszystkie ceny podane w dolarach, i to jakich dolarach – masakra.
Zmęczeni szlajaniem się w upale znaleźliśmy knajpkę, w której nie było turystów. (Pisałem powyżej że środa miała być deszczowa? Spokojnie jeszcze będzie, na razie mamy około 30 stopni w mieście 🙂 )
Już samo złożenie zamówienia było parodią. Posuwistym krokiem zbliżyła się do nas dziewoja obszerna, z bluzką podkreślającą obszerność. Od niechcenia wyjęła maluteńki w jej dłoniach notesik i westchnęła.
Poczuliśmy presję.
Menu po hiszpańsku, pani ni w ząb w jakimkolwiek innym języku. Po 10 min połowa nas zamówiła – ta która siedziała bliżej znudzonej kelnerki. gdy już zabazgrała co usłyszała spojrzała na nas wgniatając nas w krzesła. Starając się nie tracić zimnej krwi i ruchem dłoni poleciłem jej zbliżyć się do drugiej część stolika i towarzystwa. Zapadła cisza, którą przerwało kolejne westchnięcie i dźwięk odrywanej stopy od podłogi. Pani zaczęła iść w naszym kierunku. 2 minuty później pokonała dystans 2 m i zaczęła notować.

To również Santo Domingo (foto by Marry&Borsuk)

Zniknęła nam z pola widzenia.

Minęło 15 min. Nic.
25 pusto na stole.

30 wychodzimy?

45 o tak!!! z kuchni wyłoniła się kelnerka z jedzeniem.
Szybki przegląd zamówienia.

Betty zamówiła zupę, którą jej podano w misce wielkości miednicy z toną mięsa w środku, w smaku ponoć jak pomidorówka.
Przemo dostał makaron – ledwo wciągnął.

Bartek zamówił zupę – dostał kurczaka w sosie z frytkami. Merry zamówiła krewetki (bagatela 50 zł na nasze) i dostała w tej cenie 5 sztuk małych krewetek, oblanych sosem z frytkami . My zamówiliśmy tortille, która okazała się omletem, też z frytkami. Pojedzeni i pełni nowych wrażeń rozdzieliliśmy się w celu zrobienia zakupów.

Tani hipermarkiet na kółkach (foto by Marry&Borsuk)

Dopadliśmy do jakiegoś marketu. Kupiliśmy rum, prawdziwy cynamon, wanilię, doładowaliśmy kartę do Claro.
Przed wyjazdem Nika wspominała, że chciała sobie kupić coś z larimaru. Nic z tego. Ceny jakie zaczęli nam podawać za niewielkie okazy ścięły nas z nóg. oczywiście cwaniactwo pierwsza klasa. Na widok Twojego zainteresowania sprzedawca wyciąga maciupeńką wagę, mierzy, potem to pięć razy przelicza, chrząka coś pod nosem i wydaje werdykt – za pierścionek z larimarem wielkości pchły – 2000 pesos (lub jeszcze szybciej wyliczane – 52 dolary, lub trochę wolniej liczone przez nas 175 PLN) i of course „ his is special price for sou my friends! polish people is good people” yhy… Co gorsza, w ogóle nie chcieli się targować! Ani o dolca nie zeszli z ceny!

A to supermarkiet na kółkach (foto by Marry&Borsuk)

Nikuś nie ma zatem pamiątki, na która tak się nastawiała.
Chciała kupić cokolwiek innego, co by mogło nazywać się pamiątką a nie tylko pierdółką – zachcianką. Nic nie kupiła. Raz, ze pierdółkownia niesamowita, a dwa ceny z kosmosu.

Szybko pojawiła się 16:00 i trzeba było się zbierać do hotelu. Czekało nas 220 km dziwnych dróg i jakieś 2,5 godziny jazdy. W drodze powrotnej oprócz “normalnych” widoków jakimi stały się liczne, ciężko uzbrojone patrole i kontrole wojska i policji pojawiły się również również piaskowe dziury na autostradzie. Polegało to na tym że w pewnym momencie nasz kierowca nagle zjeżdżał na prawy pas. Generalnie mimo, że na Dominikanie obowiązuje ruch prawostronny on jechał całe 220 km lewą stroną. Zjeżdżał tylko dlatego ponieważ na lewym pasie ktoś zabrał jakieś 300 metrów asfaltu. Został jedynie podkład z piasku. Oczywiście nasi rodzimy drogowcy byliby zachwyceni, ani jednego znaku o dziurze, o zwężeniu, żadnego pachołka – NIC. Piaskowe dziury pojawiły się jeszcze kilka razy. Gdybym jechał własnym bądź pożyczonym samochodem, mimo ,że bardzo starałem się je wypatrzeć, na bank kilka razy bym w ten piach wjechał. Nie byłoby prosto wyciągnąć auto z czegoś takiego.

Potem nasz kierowca zafundował nam jeszcze jedną atrakcję. Tankowanie. Niby nic takiego, ale wyobraźcie sobie sytuację. Przy jednym dystrybutorze my – tankujący gaz LPG, silnik włączony. Przy drugim dziecko na motorze .Dziesięciolatek na kolanach trzyma butle gazową, do której tatuś podłącza wąż i spokojnie zaczyna tankować. Gdyby jeszcze któryś z pracowników tej stacji trzymał w gębie cygaro – obraz byłby kompletny. (z ciekawości : cena benzyny to 210 peso za galon czyli 18,2 zł za 4,5461 litra czyli około 4 zł za litr….)

Na placu Kolumba (foto Marry&Borsuk)

Kolejne minuty to ….ulewa, taka konkretna ulewa po której La Romana zamieniała się w jezioro z wewnętrznymi rzekami. Znowu cieszyliśmy się, że mimo wysokich kosztów taksówki żadne z nas nie musiało samodzielnie przez to się przedzierać. Rzeki na ulicach, mimo to ludziska jakby przyzwyczajeni. Kawełek tektury nad głowę, jakaś reklamówka, żadnego ukrywania się przed wodą, po prostu – idziemy czy jedziemy dalej. Szczególnie ciekawie wygladali ludzie na skuterach lub ci zapakowani na paki ciężarowych aut. Tak naprawdę nie potrafię sobie przypomnieć czy ktoś z nich posiadał parasol….
Około 19:00 dojechaliśmy do naszego hotelu Catalonia Gran Dominicus. Została do zjedzenia kolacja, tym razem wszyscy wybrali się do Rodeo House na super steki.Na prawdę warto. Potem zajęcia w podgrupach, na koniec teatr i ……..spać……

Artur Olędzki

PS. Dzięki Marry i Bartkowi za udostępnienie zdjęć – nasz aparat do tej pory odchorowuje tamtejszą wilgoć 🙂


 



040711 v2 Image Banner 750 x 100

Ten artykuł znaleziono w wyszukiwarce Google m.in. poprzez poniższe frazy kluczowe::

  • Dominikana
Saona – gorące plaże, biały piasek- raj na Ziemi

31.10.2011 CZĘŚĆ IV

Godzina 9:20 zbiórka na pomoście (miało być o 9:00 ale na Dominikanie czas trochę inaczej jest liczony 🙂 ) Szybki transfer motorówką na katamaran i w drogę. SAONA czeka. Podróż katamaranem trwała blisko 2 godziny z przystankiem w ‚natural pool’. Jednak nie była to zwykła podróż, ledwo ruszyliśmy i zaczęła się impreza. Sexy Dominikanka podawała obowiązkową witaminę „R”, a przystojny Dominikańczyk uzupełniał to colą. Lokalna muzyka w rytmach marenge, bachata grała na full, tańce, lekcja ruszania tyłeczkiem. Opalanko pełna parą. Biba na maxa. Półtoralitrowych butelek rumu zeszło chyba z osiem na trzydzieści osób. Oj nie żałują oni tutaj tej witaminy.

Po godzinie płynięcia i bujania się w rytmach marenge  zatrzymaliśmy się na wspomnianym wcześniej ‚natural pool’.  Nie uwierzycie, ale ‚happy hour – every hour’ przeniosło się do wody! Dla zwiększenia bajeru ‚nagle’ pojawiły się dwie rozgwiazdy, z którymi wszyscy się fotografowali, a że i krajobrazy boskie to nawet Tofik wyszedłby na macho. W między czasie kapitan skoczył na brzeg i  przytargał kilka kokosów. Nie ma to jak prywata w pracy, zresztą obserwując animatorów to oni ciągle są w pracy, a praca dla nich to ciągła zabawa. Nikt ich nie zmusza a oni bawią się w najlepsze. I ciągle im się chce, mimo, że niektórzy ewidentnie przeforsowali z witaminą”‚R”:)  Wracając do tematu.  Po imprezie w morzu dopłynęliśmy do wyspy Saona. Pierwsze wrażenie – faktycznie raj: biały puszysty piasek, lazurowa woda, cudne powykręcane muszle, gdzieniegdzie resztki rafy na plaży. CUDO. Zanim coś przekąsiliśmy rozejrzeliśmy się dookoła. Mimo cudów opisanych powyżej można podpatrzeć również  normalne życie, które starannie ukryte prze turystami nie jest już tak kolorowe. Brud, bieda, przestarzałe sprzęty, rozpadające się domy i czarnoskórzy robotnicy od „czarnej roboty” starający się być niewidoczni. Sprawiający wrażenie zażenowanych, że nie wyglądają jak z folderu turystycznego.

Skubnęliśmy trochę owoców, wlaliśmy w siebie hektolitry napojów. Jak tylko nasza wycieczka pojawiła się na plaży, obskoczyli nas sprzedawcy kokosów, łańcuszków, masażystki, które niemalże siłą masowały swoje ofiary za bagatela 40 dolców. Przez pierwszą godzinę pobytu na wyspie cały czas ktoś nas nagabywał, a to na masaż, a to na łańcuszek, bransoletkę czy zaplecenie warkoczyków. Warkoczyki chciałam zafundować Nice, ale nienegocjowalne 2 dolary za sztukę skutecznie nas zniechęcało.




Czas na wyspie wlókł  się powoli i ospale, krajobrazy sprawiały wrażenie czegoś nierealistycznego. Takie coś do tej pory istniało jedynie na zdjęciach drogich biur podróży. W dodatku świeciło piękne słońce. Zrobiliśmy sobie długi spacer, kąpiąc  się co chwilę w morzu. Zrobiliśmy sobie wiele cudownych fotek. Właśnie takich jak poniżej, na widok których szlag może niektórych trafić 🙂

Z Saony wracaliśmy już nie katamaranem, a dwiema motorówkami, wyglądały na szybkie i mocne, każde po dwa silniki. Za chwilę przekonaliśmy się, że faktycznie są szybkie, kiedy okazało się się, że łodzie będą się ścigać, a kapitan dodał gazu niektórzy zrobili się bladzi. Tym samy powrót skrócił się do 30 minut.

Po powrocie, wszyscy się ogarnęliśmy, szybki prysznic i już w basenie zaczęliśmy się zastanawiać i snuć plany na wieczór. Oczywiście nie obyło się bez towarzystwa mojito! Popływaliśmy w basenie, byliśmy na lekcji salsy, a około 19:00 spotkaliśmy się w Mexican Restaurante. Znowu się objedliśmy. Tego wieczora poznaliśmy animatorkę z Francji – Charlottę. Dziewczyna wcześniej pracowała w Grecji, jednak na sześć miesięcy została „‚zesłana” na Dominikanę, co za pech :P.

Obserwowaliśmy ludzi z obsługi, animatorów. Niesamowite jest to, że nikt tutaj nigdzie się nie śpieszy.  Każdy jest uśmiechnięty,  dla innych po prostu miły. Nieustanne coś sobie podśpiewują  (rewelacyjna dziewczyna od naleśników), tańczą bujają biodrami, a tylko niejako przy okazji pracują.  Animatorzy są tutaj od rana do nocy, a mimo to posiadają pokłady niespotykanej energii. Ciągle zachęcają do zabawy, tańczenia, jak nie ma chętnych do tańca to oni tańczą i tak tyle, że ze sobą.

Zrobiła się 22:00, spędzona na tańcu i piciu, planowaliśmy imprezę do rana, jednak  wszystkie wcześniej robione plany nie wypaliły.  Każdy po prostu padł. Znowu nici z teatru.  Po prostu budzimy się i zasypiamy w rytmach tutejszej muzyki.

Artur Olędzki


 


750x100travelaff222 Image Banner 750 x 100

Dominikana – dzień pierwszy czyli słodki grzech nicnierobienia i obżarstwa

Kolejna część relacji z wycieczki na Dominikanę, którą wykupiliśmy na GroupOn’ie tym razem jest również filmik i kilka zdjęć:)

30.10.2011 CZĘŚĆ III

Po trzynastogodzinnym locie, po tych wszystkich wrażeniach budziłem się rano, około 9 rano z potwornym bólem głowy. Z przebłysków świadomości przypomniało mi się, że śniadanie jest podawane od 7:00 do 10:00. Jednak zanim zeszliśmy szukać czegoś do jedzenia wyszedłem na balkon. Nawet nie będę próbował tego opisywać.  Zdjęcia poniżej niech to zrobią za mnie.

Pierwszy, poranny widok kawałka Dominikany z naszego balkonu:

na lewo TEATR

widok z balkonu - środek lekko na lewo

Środek

na prawo - BAR!!!!

Parę godzin później stwierdziliśmy, że tutaj nie ma sensu się spieszyć na żadne śniadanie. W hotelu Catalonia Gran Dominicus jedzenie jest zawsze i na okrągło. Pizza, placki na tysiąc sposobów – cały czas można kłapać dziobem. Samego śniadania też za bardzo nie będę opisywał. Posłużę się filmem z You Tuba. Polecam obejrzenie filmiku w całości. Chociaż ma około 8 minut nie będzie to stracony czas dla Ciebie.  Same śniadania są pokazane od 5 minuty:)

Robi wrażenie 🙂

O 10:30 nasza polska grupa spotkała się ‚na odprawie’ w teatrze. Jakaś Włoszka opowiedziała gdzie i co możemy zjeść, (to akurat już zdążyliśmy namierzyć) co zobaczyć, gdzie leżeć, co nam się należy itd.  Czyli, że w zasadzie mamy wszystko za darmo. Postraszyła, że trzeba być punktualnym przy wyprowadzce, tak jakby ktoś w ogóle  już o tym myślał. Na szczęście mówiła w miarę sensownym angielskim, trochę się obawiałem tego, że jak wycieczkę organizuje włoskie ALBA TOUR to będzie jedynie po włosku.

Następnie show dał nijaki Richard. Przedstawił się jako Richard Gear (potem stwierdził, że jest Billem Clintonem i szuka asystentki…). Gadał i gadał, w końcu namówił nas na wycieczkę na wyspę Saona. Nasi rodzimi marketingowcy i handlowcy powinni się zapisać do niego na korepetycje. Jeszcze w kraju, przed wyjazdem mieliśmy mocne postanowienie na kupienie tej samej wycieczki od kogoś na plaży około 20 dolarów taniej. Jednak skusiliśmy się zakupić u samego Richarda Gear pewnie dlatego, że tak naprawdę większość polskiej ekipy ją kupiła, to zawsze lepiej być w jakimś znanym sobie towarzystwie.

Dominikana - hotel Catalonia Gran Dominicus -restauracja

Wszędzie dookoła czai się...jedzenie, maaaasa jedzenia

Po obiedzie polecieliśmy do ‚open office’ pana Geara, które znajdowało się na plaży przy barze i konkretnie wstawionemu zapłaciliśmy 140 dolarów.  Jak nam wyjaśnił jest w trakcie zażywania witaminy „R”, która jest bardzo znana i lubiana na Dominikanie. Myślę że konwencjonalna medycyna powinna się tą witaminą szerzej zainteresować. Przynajmniej my bardzo szybko daliśmy się namówić na jej zażywanie. Po niej świat staje się jeszcze bardziej kolorowy, do tego bardzo przyśpiesza opalanie. Widać to po tubylcach :). Prawdopodobnie ma jeszcze inne nieznane, ale bardzo lecznicze właściwości. Pod czystą postacią nie jest za smaczna. Witaminę „R” najlepiej wymieszać z miętą, odrobiną lodu, sokiem limonkowym. Podawać w długiej szklance ze słomką.  Mowa oczywiście o ‚mojto’ z rumem. Witamina „R” czyli tutejszy rum lany jest do szklanek w nieprzyzwoitych ilościach. Wszystkie proporcje jakie znamy z przepisów na drinki są poodwracane.  Tam gdzie u nas jest jako składnik woda to tutaj  jej miejsce zajmuje rum.


Dzień upłynął na integracji z innymi parami. Czyli Marry + Borsuk vel Bartek oraz Betty + Przemo. Spróbowaliśmy każdego drinka z karty. Uczyliśmy się nurkować w basenie.  Sprawdziliśmy najwygodniejsze pozycje na leżakach oraz na hamakach opalając się. Obeszliśmy wszystkie sklepy i butiki na terenie hotelu Catalonia Gran Dominicus, gdzie walutą rozliczeniową jest dolar amerykański. Nawet zdobyliśmy się na odwagę i poszliśmy do sklepu znajdującego się po drugiej stronie ulicy, na przeciwko hotelu. Okazuje się, że przejście na drugą stronę dominikańskiej drogi to już wyższa szkoła jazdy. Na szczęście do hotelu wrócili wszyscy w całości.

Trochę potańczyliśmy, popływaliśmy. Generalnie dzień upłyną pod znakiem nieprzyzwoitego obżarstwa oraz picia. Z ambitnych planów na wieczór zostały wspomnienia po tym jak cała szóstka około 22:00 po cichutku zmyła się do swoich pokoi. Chociaż tak naprawdę to Bety i Przemo nawet tam nie dotarli, padli na plaży i obudzili się tam o piątej nad ranem.

 

Jeszcze kilka zdjęć 🙂

Dominikana - plaża

Dominikana - plaża

Dominikana

pod tą palmą leżałem

a tutaj piliśmy

NIKA&Artur

 


750x100travelaff222 Image Banner 750 x 100

Ten artykuł znaleziono w wyszukiwarce Google m.in. poprzez poniższe frazy kluczowe::

  • dominikana blog
13 godzin w samolocie- lot na drugi koniec świata

Kolejny odcinek relacji z wycieczki na Dominikanę, którą wykupiliśmy na GroupOn’ie

29.10.2011 CZĘŚĆ II

Zaspaliśmy!

Na szczęście zdążyliśmy na śniadanie. To było szybkie, ale pyszne śniadanie. Croissanty, truskaweczki (koniec października) pomarańcze, prawdziwe włoskie szynki, tosty, jogurty, miód i do tego wspaniałe cappuccino. Palce lizać!!!

NIKA: I kelner w spodniach Armaniego… 🙂

Zaraz po śniadaniu hotel sprawnie zorganizował transfer na lotnisko i o 10:30 byliśmy już na miejscu. Trochę zmyliło nas nasze biuro podroży Alba Tour. Powiedziano nam, że o 11:30 mamy się spotkać z ich przedstawicielem, okazało się to zupełnie niepotrzebne, ponieważ dokumenty, które mieliśmy wydrukowane w zupełności wystarczyły do CHECK-IN.  Zamiast więc czekać na roztargnionego Włocha mogliśmy już zająć miejsce w ogromnej kolejce, która na naszych oczach jeszcze się wydłużała. Po dotarciu na stanowisko Włocha i zorientowaniu się, że wszystko OK, stanęliśmy w tej kolejce. Przez co straciliśmy około 1,5 godziny. Na szczęście odprawa celna poszła już sprawniej. Po jej przejściu zrobiliśmy zakupy. Niestety nici z kupna perfum, ceny dokładnie takie same jak w naszych popularnych perfumeriach :-(.  Przy GATE 29 straciliśmy kolejne 40 minut w zasadzie nawet nie wiadomo dlaczego. Mogliśmy w tym czasie podziwiac Estonki pijące Grantsa z gwinta popijając go wodą gazowaną…

TrovaOfferte Inverno 2011

Artur : – Lecieliśmy samolotem wyczarterowanym podwójnie. Najpierw biura podróży wyczarterowały go od Air Italia, a ci od Arabic Airlines. Był to Airbus A330-200. Spory samolot. Mimo ogromnej kolejki przy odprawie, gdzie byliśmy prawie na końcu, miejsca mamy fajne. Rząd 14 KH. Co ciekawe nie ma rzędu numer….13. W pierwszej chwili pomyślałem, że to Włosi są tak przesądni, jednak ta maszyna należy de facto do Arabic. Podobno co ma się stać to i tak się stanie w WTC nie było piętra nr 13 i nic to nie dało.

Mimo czytanych na rożnych forach internetowych niepochlebnych opinii na temat Air Italia, byliśmy zaskoczeni jakością jedzenia oraz częstotliwością podawania napojów. Niepotrzebnie wydaliśmy około 20 euro na różne przekąski i napoje na lotnisku, tylko dlatego, że  istniała obawa, że przez te 11 godzin lotu nas przegłodzą. Jedzonko jak na warunki samolotowe podali smaczne i syte:

  • pierś z kurczaka

Jedzonko w Air Italia

  • ryż
  • sałatka ziemniaczana
  • pudding czekoladowy
  • krakersy i jakieś czekoladki

Pojawiło się też jakieś czerwone wino i kawa i herbata.
Nie wiedzieć czemu przy zbliżaniu się do granicy z oceanem kazano zasłonić wszystkie okna w samolocie. Zgasili światło i jak dzieciom kazali iść spać….Nie chcemy spać!  Na Dominikanie jest dopiero 11:30 AM.  Oglądaliśmy Harrego Pottera przeplatanego z Czarnym Łabędziem i Fantastyczną Czwórką. Każdy po 2-4 razy w wersji włoskiej dopiero później w angielskiej.

Artur: – samolot z zewnątrz wydawał się mi się nie za duży, ale w środku rzędy po 8 miejsc – takim jeszcze nie leciałem. Czekałem na turbulencje, które zapowiadał kapitan, ale zamiast turbulencji po 5 godzinach ludziska zaczęli się rozłazić po całym samolocie, stękać co niektórzy chrapać. Nikusi w końcu udało się znaleźć angielską wersję Harrego Pottera – wreszcie Harry czarował „normalnie”. Włoski zupełnie do niego nie pasował. Z nudów goniliśmy się po samolocie 🙂

13 godzin lotu ....ciężko było, ale wartoLot dłużył się niesamowicie. Mniej więcej od połowy drogi zaczęło ryczeć, rozpieszczone, afrowłoskie (???), mniej politycznie – murzyńskie dziecko w wieku około 4 lat ze smoczkiem w buzi. Ze strony włoskich mam nie pojawiła się jakakolwiek reakcja. Po prostu brała go na ręce i huśtała, a że takie coś w tym wieku waży już sporo, więc mamuśka nie dawała rady i próbowała go posadzić. Ryk zarzynanego prosiaka rozpoczynał się od nowa. To się nazywa ‚bezstresowe wychowanie’. Po paru godzinach wycia wywiązała się awantura. Włosi wkurzyli się i nawrzucali mamuśce, ona oczywiście odpyskowała i dalej to samo. Dopiero kiedy obcy facet – Dominikańczyk (podpatrzyliśmy jego paszport podczas odprawy, stał w kolejce z piękną, długonogą mulatką), znalazł dzieciakowi kilka zajęć w stylu: skakanie do tekturki, bieganie po samolocie itd. Na jakiś czas ryk umilkł.
Około 23:00 lokalnego czasu wylądowaliśmy w Hondurasie gdzie utknęliśmy na ponad 2 godziny za sprawą spóźnionego pilota. Lotnisko w Hondurasie wyglądało jak zaplecze budowy. Była noc, więc i tak wszystkiego nie widzieliśmy. Pas startowy strasznie krótki, więc było ostre hamowanie. Po dwóch godzinach bezczynnego siedzenia w samolocie ponieważ nie pozwolili nam wysiąść, Włochom puściły nerwy. Zrobili potworną awanturę do tego stopnia, że stewardesy zamiast załagodzić sytuację zaczęły się z nimi kłócić. W momencie komunikatu o starcie i prośbie o zapięcie pasów, Włosi złośliwie i ostentacyjnie zaczęli łazić po samolocie, a to do WC a to do znajomych w ostatnich rzędach.

Po kolejnych dwóch godzinach wylądowaliśmy wreszcie na Dominikanie i znowu zrobiło się ciekawie. Trasa wydostania się z lotniska La Romana wyglądała mniej więcej tak:

Organizacja CHECK-OUT na lotnisku LA ROMANA

Organizacja CHECK-OUT na lotnisku LA ROMANA

Po pokonaniu tego toru przeszkód (przynajmniej kilka dodatkowych osób ma pracę), odebraliśmy bagaże. Znaleźliśmy DARMOWE wózki i … dostaliśmy kolejny papierek do wypełnienia.  Pod tytułem ‚Deklaracja celna’.  Co prawda wypełnił je za nas Dominikańczyk z obsługi, który również zwrócił uwagę na moje imię, dodając, że dzisiaj jest również Domenica – niedziela.
Nie ma co – mój dzień na Dominikanie. Dominika w dniu Domenica wylądowała na Dominikanie. Jeszcze kilka chwil niepewności, ponieważ wyglądało, że latynoscy celnicy ostro trzepią,  za chwilę się okazało, że tylko swoich obywateli, sąsiadów oraz innych o ciemnej karnacji skóry. Nas uprzejmie powitali i życzyli miłego pobytu. Po wyjściu z terminala szybkie spotkanie z dominikańską rzeczywistością.  Najpierw potężny podmuch gorąca. Następnie,  po wskazaniu nam numeru autobusu przez rezydentkę Alba Tour, jeden z boyi ubrany w koszulkę biura prawie wyrwał nam nasze bagaże i po przejechaniu około 20 metrów jakie było do autobusu próbował wymóc na nas napiwek w wysokości ‚paper euro’. Dostał 1 euro w ‚coin’ i obrażony, dopiero po jakiejś chwili się odczepił.

Podróż do hotelu trwała około 30 minut. Drogi mają dziurowe, do tego stopnia, że prawdziwe sery szwajcarskie czerwienią ze się wstydu. Tak naprawdę, będąc w Polsce i mieszkając w mieście człowiek nawet nie wie, że ma długie światła w samochodzie, za to tutaj innych się prawie nie używa. Od święta kierowca naszego autobusu zmieniał je na światła mijania i to też dopiero jeżeli ktoś z naprzeciwka pierwszy zrobił to samo. Dopiero po minięciu znaków z napisem ‚Zona turistica’ nagle pojawiło się oświetlenie, drogi zrobiły się równe z liniami. Co wcale nie znaczy, że ktokolwiek wyłączył długie światła…

Nocny widok - niedaleko naszego pokoju

W hotelu szybki CHECK-IN, drin powitalny i szukanie swojego pokoju. Co prawda recepcjonista nam nawet pokazał go na mapie, ale oczywiście i tak nie wiedzieliśmy, w pierwszej chwili, gdzie go szukać. Pokój nie mieścił się w gronie domków,  tylko gdzieś na końcu terenu hotelu,  za to jak się nazajutrz okazało przy głównych atrakcjach. (bar, basen, plaża…:)) nad butikami, obok teatru.

Jak się później okazało- wymarzona miejscówka.

Pokój 5207 opisany był jako ‚family room’. Powierzchnia około 40 m2, king size bed, narożnik, TV – LCD, radio, ekspres do kawy, żelazko z deską do prasowania, łazienka z dwoma umywalkami. Jak się później okazało w domkach, które mijaliśmy pokoje były dwa razy mniejsze, zawierające wyłącznie TV. Nigdy się już nie dowiemy dlaczego dostaliśmy taki wypas, widocznie zasłużyliśmy 🙂

Po ogarnięciu wzrokiem okolicy z tarasu- padliśmy Była 3:30 lokalnego czasu.

NIKA&Artur

 

 


750x100travelaff222 Image Banner 750 x 100

Ten artykuł znaleziono w wyszukiwarce Google m.in. poprzez poniższe frazy kluczowe::

  • alba tour opinie
  • alba tour polska opinie
  • albatour opinie
  • opinie o alba tour
  • opinie alba tour
  • airbus 300 na dominikanę
Mediolan – przystawka przed Dominikaną (28.10.2011)

Powolutku zaczynamy uzupełniać oraz porządkować nasze wspomnienia z wyprawy na Dominikanę. (29.10.11-06.11.11) Ten artykuł jest pierwszym z kilku, które zamierzamy opublikować z naszej wyprawy na drugi koniec świata 🙂 Dla przypomnienia udało nam się wykupić na GroupOn’ie w w/w terminie wycieczkę na Dominikanę za 2600 zł za jedną osobę. Następna porcja wspomnień już za kilka dni.

28.10.1011 CZĘŚĆ I

Godzina 3:15 – środek nocy, rozlega się dźwięk budzika.  Po chwili dołącza się do niego drugi. Oto właśnie zaczyna się początek naszej podróży… Podróży na Dominikanę – jedną z naszych pozycji na podróżniczej liście marzeń. Parę miesięcy  oczekiwań i przygotowań.

Trochę zdezorientowani i oszołomieni szybko dochodzimy do siebie, klika ostatnich poprawek, gorąca herbata, krótka pogadanka z LoLą -biedny pies nie ma pojęcia co te człowieki wyprawiają w środku nocy. Światła taxi i odjazd… pełen odjazd. Godzina 4:46 – jesteśmy na lotnisku w Pyrzowicach (Katowice – Pyrzowice). Jeszcze szybka kawka i … dołączamy do mega kolejki do odprawy celnej. Lotnisko nieprzygotowane, chociaż może u nich to normalne, stłoczenie na kilkunastu metrach kwadratowych czterech odpraw jednocześnie. Wesoło nie ma co.

W końcu się udało się i z 20 minutowym opóźnieniem wystartowaliśmy.

Nika: – Co było dalej? Nic nie pamiętam. Film mi się urwał i obudziłam się w trakcie lądowania :).

Artur: – Nie zgodzę się, że Nika niczego oprócz spania nie pamięta z podróży do Mediolanu (Bergamo). Na pokładzie było przystojne, wysokie męskie ciacho, z którym jak to stwierdziła:  można by było się przejść do kabiny pilota. Na moje szczęście w epoce terroryzmu okazało się to a wykonalne.

Nika: – Oj tam, oj tam….:) przecież pisałam, że nic nie pamiętam.

Po miękkim lądowaniu tak naprawdę nie w Mediolanie, ale w pięknym starym miasteczku Bergamo przystąpiliśmy do poszukiwania prawdziwie włoskiego śniadania. Taszcząc za sobą nasze 4 sztuki bagażu (dwie kabinówki plus dwie sztuki bagażu rejestrowanego – w tej chwili tak naprawdę puste, ale już przygotowane na późniejsze prezenty) i podążając za naszymi nosami w końcu trafiliśmy do prawdziwego włoskiego baru śniadaniowego. W środku był spory tłum, na który składał się:

  • człowiek wyglądający jak członek rodziny Soprano, popijający gorące, spienione mleko
  • pan z pieskiem
  • barista, karmiący ww. pieska pączkiem
  • starsza, elegancka pani popijająca cappuccino
  • ładna, młoda Włoszka wcinająca muffina
  • kilka nijakich osób siedzących przy barze, oraz kilka innych osób co chwilę wpadających na latte wypijanym duszkiem przy barze
  • para Anglików w rozmiarze XXL zamawiający gorącą czekoladę z bitą śmietaną  i z tostami
  • oraz rewelacyjna starsza kelnerka, przekonana, że jak będzie wystarczająco głośno i wyraźnie mówiła po włosku, to wtedy z pewnością ją zrozumiemy 🙂

Nasze śniadanie składało się z dwóch cappuccino, dwóch muffinów oraz z „Bruschetta con assettione” (nawet teraz nie potrafię znaleźć tego słówka, a wyszła z tego bruschetta z anchoise, które tak średnio nam smakowało)

Nika: – Yhm… jak widać Artur szybko przyswoił sobie nowe słówko celem nie popełniania błędów w przyszłości. Dodam tylko, że ta bruschetta była wielkości księżyca w pełni.

Mediolan

Mediolan

Acha! W kawiarni nie było stolika nr 13. Rachuneczek około 8 € 🙂

Pojedzeni dotarliśmy do dworca w Bergamo. Tam po zakupie dwóch biletów za 11 €  (wystarczyło przy kasie rzucić  Due Milano nawet bez per favore ) udaliśmy się na peron.

Pociąg do Mediolanu już stał, piętrowy. Żeby dostać się do włoskiego pociągu trzeba użyć zdolności alpinistycznych, dwa schody – prawie metr w górę! W środku wagonu jeszcze większa tragedia. W pierwszej chwili zajęliśmy osiem miejsc. Czegoś tak ciasnego jeszcze nie widzieliśmy. Nie wiem jak Włosi siadają  na przeciwko siebie, kiedy nam było ciężko się zmieścić z kolanami (nie żebyśmy chwalili naszego rodzimego przewoźnika, ale u nas jak człowiekowi uda się dostać do miejsca siedzącego to ma sporo miejsca)

Mediolan - tysiące skuterów

Tysiące skuterów w Mediolanie

Mediolan nie zrobił na nas większego wrażenia, może to kwestia zbyt małej ilości czasu, jaki w nim spędziliśmy.

Przykry jest fakt, że dla nas wciąż jest tam relatywnie  drogo. Nie dziwi mnie powszechność w noszeniu Armaniego, Gucci, Louis Vuitton. Dla Włochów ceny jakie się tam płaci za markowe ubrania to drobne. Piękne, oryginalne stroje Włoszek nie kosztują ich wiele.  100 €  – za to w Mediolanie już można sporo kupić. Odnieśliśmy to do naszych 100 zł… Włosi nie muszą się zastanawiać czy to Armani czy coś innego, po prostu kupują skupiając się na dolce vitae.

Mediolan- pałac Sforzów

Oddech normalności poczuliśmy w ogrodzie pałacu Sforzów, gdzie nikt nikogo nie karał mandatem za leżenie na trawie czy (o zgrozo!) granie w piłkę. No ale gdzie tam ogrodom włoskim, pałacowym no naszych parków…  Sporo się nachodziliśmy. Zwiedzaliśmy i zabytki i markowe sklepy. Artur szukał faszystowskich swastyk na Stazione Centrale , które podobno gdzieś są na posadzce dworca, jednak tym razem, czegoś nie doczytał i mu się nie udało. Tak jak Kopenhagę zapamiętaliśmy z tysięcy rowerów tak Mediolan zapamiętamy z tysięcy skuterów. Po paru godzinach, już metrem, wróciliśmy na dworzec po nasze bagaże. (przechowywania bagaży 16 €)

Z Mediolanu na lotnisko Malpensa dowiózł nas Malpensa Express za 7,5 € od osoby – miło szybko i przyjemnie. Będąc na lotnisku zadzwoniliśmy po hotelowy shuttle, który po 15 minutach wiózł nas do hotelu. Hotel Villa de la Rossa jest godny polecenia. miła obsługa, pokoje czyste i zadbane. Po wzięciu szybkiego prysznica i zalaniu całej łazienki – padliśmy

 

NIKA


Bilety oraz loty rezerwowaliśmy za pomocą tych wyszukiwarek:


http://www.fru.pl/ (polecam loty a, potem zakładka hotele)
Homepage – www.tripsta.pl
Bilety lotnicze Ryanair
Bilety lotnicze Wizz Air
Bilety lotnicze LOT (ta ostatnia może trochę mniej tania :P, ale często może uratować tyłek kiedy już nie ma innych lotów.)
eSKY.pl – Internetowe Centrum Podróży

Oczywiście dalej przeglądamy GroupOn’a 🙂



travel_728x90